Janusz A. Zajdel        Dyżur

    W ciągu pierwszych czterech godzin panował względny spokój. Około ósmej wieczorem wypadł cały człon równań parastatycznych, ale rezerwa była na miejscu.

    Tin miał rację: to zupełnie głuchy kąt. Martwa studnia, z której nikt nie czerpie - pomyślał Albert i przymknął oczy. - Można właściwie spać...

    Nie kładł się jednak, choć odchylone oparcie fotela kusiło zgięte nad pulpitem plecy. Spojrzał na ścianę kontroli. Świeciła blado na jałowym prądzie gotowości, nie zarysowana żadnym czynnym przebiegiem.

   Ciekawe, kiedy ostatnio zaglądano do funkcji Yogla - zas­ tanawiał się dalej. - Po co to komu potrzebne? Manowce współczes­ nej matematyki...

    Poczuł, że chętnie wypije szklankę mocnej kawy. Zajrzał do szuflady, lecz znalazł tam tylko kilka pustych pudełek od pa­ pierosów i dużą blaszankę z cukrem. Kawy nie było ani śladu, choć przysiągłby, że dwa dni temu schował tam całą paczkę. W koszu na śmieci leżało puste opakowanie.

   Tin, jak zwykle, wykończył wszystko. Znów miał niespodziewanego gościa, pewnie tą blondynkę od Schrodingera - pomyślał Albert z irytacją i wstał

   Wolnym krokiem obszedł labirynt stojaków panelowych, ogar­ nął spojrzeniem zakamarki swego sektora, przełączył kontrolę na automat przyzewowy i wyszedł z dyżurki na korytarz.

   Zwykły dźwig był zajęty, pojechał więc pośpiesznym na poziom minus dwadzieścia i tam, dwukrotnie zmieniając kierunek, dotarł ruchomymi chodnikami do punktu 28-14, skąd już bez trudu złapał windę na minus trzeci. Wysiadł na korytarzu sekcji operatorów różniczkowych, przeszedł pieszo kilkanaście kroków, a potem wskoczył na taśmę ciągu międzysektorowego. Kolo szybu windy alar­ mowego dostrzegł Klausa, stojącego na końcu kilkuosobowej kolej­ ki. Klaus dźwigał pod pachą ogromny zwój perforowanej taśmy.

    - Co niesiesz? - Albert zeskoczył z transportera i podszedł do niego.

    - Diabli wiedzą - mruknął Klaus. - Nie mamy łączności z kon­ wertorem binarno-dekadowym, a jakiś ważny profesor piekli się od dwudziestu minut, że to bardzo pilne. Muszę lecieć do konwertora, a tu - zobacz, co się dzieje: nawet awaryjny dźwig wciąż przepełniony!

   Albert pokręcił głową.

   - A niech cię... Przecież mogłeś przekazać tranzytem przez którykolwiek z sąsiednich sektorów.

   - Myślisz, że byłoby szybciej? - zafrasował się Klaus.

   - Na pewno. Ale jeśli już się z tym wybrałeś piechotą, to nie stercz tu jak głupi i nie czekaj na ten dźwig. Przyzwyczaj się nareszcie, że w tym potworze najprostsze drogi nie są naj­ krótsze. Skacz na transporter i jedź do kwadryk tensorowych albo do całek elementarnych tam mniejszy ruch.

    - Nie pomyślałem o tym... - Klaus odstąpił kilka kroków od wejścia windy. - Spróbuję...

   Kilka osób z kolejki, udających się widać w tym samym co Klaus kierunku, skorzystało również z porady Alberta, który, za­ dowolony z siebie, ruszył w stronę bufetu stanowiącego właściwy cel wyprawy.

   Nie minie rok, dwa a wszystko się zatka na amen - myślał idąc korytarzem. - Te dźwigi stanowią wąskie gardło całej komu­ nikacji wewnętrznej. Poziome ciągi wystarczą jeszcze na trochę, ale windy już ledwie zipią. A tam na dole poniżej dwudziestego pierwszego ujemnego znowu coś nowego budują. Grzebią podobno trzy dalsze poziomy dla analizy hiperpolarnej. Od góry też dobudowują, a jakże! Nawet nie przychodzi im do głowy, jak się tu ludzie męczą. A i łączność coraz gorzej działa: co za paradoksy, żeby latać z bębnami taśmy jak za króla Ćwieczka piechotą!

   W bufecie był ścisk i szaro od dymu papierosowego. Po chwili dopiero spośród gwaru rozmów Albert wyłowił przyczynę tego niezwykłego zgromadzenia: na minus szesnastym popsuła się kli­ matyzacja i wszyscy technicy kontroli z tego poziomu przyszli tu na herbatkę. Przed automatem stała długa kolejka.

   Dobrze że tylko wentylacja - pomyślał Albert ustawiając się na końcu. - A gdyby tak... pożar? To musi nastąpić, nie wcześniej, to później, przy tym całym bałaganie... Projektanci jak zwykle nie mieli pojęcia o warunkach eksploatacji takiej gi­ gantycznej machiny. Wydawało się, że to będzie cud techniki, wyszedł zaś jeden wielki młyn. Aż dziw, że wszystko jeszcze działa tak sprawnie... No, to znaczy względnie sprawnie, przyna­ jmniej dla kogoś, kto ma z tym do czynienia z zewnątrz i niezbyt często. W środku, gdy człowiek popracuje kilka godzin, ma wrażenie, że zmienił się w jedną z tysięcy mrówek wielkiego mrowiska. Żyjemy tu jak bakterie w trzewiach olbrzyma: gdyby nie my, dostałby szybko zatwardzenia z niestrawności, karmiony wciąż tą przeraźliwą sałatką pytań, problemów i zagadnień, które staw­ iają mu ludzie z zewnątrz... Szczególny rodzaj symbiozy człowieka z maszyną: chwilami odnoszę wrażenie, że to on nami zawładnął, że to my bez niego nie potrafimy się obyć. Z drugiej strony jednak i on bez nas byłby bezradny.

    Automat wypluł z siebie torebkę pachnącej świeżo zmielonej kawy. Albert schował ją do kieszeni i wyszedł szybko na korytarz. Tu dopiero z ulgą odetchnął świeżym powietrzem po dymnej atmos­ ferze bufetu.

   Wracał znowu okrężnie. Miał tu swoje wypraktykowane systemy optymalnego poruszania się: pojechał przez blok pamięci opera­ cyjnej i zespól macierzy unitarnych: omijając ruchliwe okolice sekcji równania Schrodingera. Oszczędzało to wiele czasu, elimi­ nując oczekiwanie przy windach najbardziej uczęszczanych torów.

   Na trzydziestym stanowisku w algebrach nieliniowych powinna dziś dyżurować Erika. Albert zawahał się, stanąwszy przed drzwia­ mi trzydziestki, ale zdecydowanym ruchem nacisnął wreszcie klamkę i pchnął je energicznie.

   We wnętrzu przed pulpitem siedział chudy brunet. Erika zeskoczyła właśnie w pośpiechu z jego kolan i podbiegła do jed­ nego ze stojaków przy ścianie udając, że wymienia przepalony podzespół. Na tablicy jednak - jak na kpinę - nie palił się ani jeden sygnał uszkodzenia i Albert bez trudu pojął sens tego manewru. Oblała go fala gorącej złości.

   - Ty, Apollo! - rzucił przez zęby w stronę chudego. - Pilnuj swoich funkcji kulistych Greena, bo ci się pod szafę poturlają!

   Trzasnął drzwiami i ruszył w stronę dźwigu, który zaniósł go na minus dziewiąty. Już na korytarzu, gdy znalazł się w obwodzie lokalnej pętli indukcyjnej, w kieszeni kombinezonu zabzykał mu czujnik przyzewowy.

   Co u licha? - pomyślał z niepokojem. - Kogo tam diabli przynieśli?

   W dyżurce na pulpicie migało żółte światło.

   Albert podjął słuchawkę.

   - Kontrola, słucham!

   W słuchawce brzmiał męski glos, pełen niecierpliwości i iry­ tacji:

   - Co się tam u was dzieje? Już od czterech minut czekam na rozwiązanie!

   - Problem? - rzucił Albert beznamiętnym głosem, sięgając po ołówek.

    - Równanie Tenta-Rossa.

   Albert rzucił okiem w kierunku odpowiedniego stojaka. W bloku szóstym na czwartym panelu od góry błyszczało rządkiem pięć czerwonych światełek.

   Cholera! - pomyślał Albert. - Lecą, ścierwa, jak ulęgałki! To przez ten automatyczny montaż mikromodułów. Partactwo!

   - Proszę czekać! - burknął do słuchawki.

   - Długo jeszcze? - niecierpliwił się glos w telefonie. - Ja mam pierwszeństwo czwartego stopnia! Ja nie mam czasu! Ja...

   Albert nie słuchał dalej. Podszedł do stojaka rezerwy, powiódł dłonią po przegródkach i zaklął siarczyście.

   Ani jednego członu całkującego równanie Tenta-Rossa! Rozkoszny chłopaczek z tego Tina. Zostawia stanowisko bez rezerwy elementów wymiennych i nawet nie raczy odnotować tego w dzien­ niku!

   Wrócił do stołu kontroli i z wahaniem podniósł słuchawkę.

   Ten tam ważniak wścieknie się do reszty - pomyślał. - Pier­ wszeństwo czwartego stopnia! Wielkie mi coś! Tacy są najgorsi, bo im się wydaje, że są strasznie ważni; mają kompleksy, bo nie wol­ no im korzystać z ekstrałączy przysługujących dopiero od piątego stopnia w górę.

    - Podać parametry! - rzucił energicznie, by nie dopuścić do dalszych narzekań tamtego.

   - Ce-jeden: 13,725. Ce-dwa: 24,85. Człon wariacyjny: funkcja Yogla drugiego rodzaju, wskaźniki trzy i pięć - odparł jąkający się z niecierpliwości głos.

   Albert notował.

   - I szybko, szybko! Do czego to podobne, żeby...

   Albert wziął ołówek, wypisał rozwiązanie ogólne z pamięci, stałe wynotował z tablic. Podstawił wszystko do równania i sięgnął po suwak. W ciągu trzech minut miał gotowe rozwiązanie. Wypisał je na kartce, a potem podyktował oczekującemu.

   - To skandal! - zaryczał w odpowiedzi tamten. - Jak to przeklęte pudło pracuje! Dziewięć minut oczekiwania na rozwiązanie głupiego problemu.

   Albert był wściekły. Nie dość, że rozwiązał idiocie równanie, ten jeszcze się piekli!

   - Zamknij się, baranie! - syknął w mikrofon i trzasnął słuchawką.

   Zmiął kartkę z obliczeniem i cisnął do kosza. Nacisnął kla­ wisz interkomu i powiedział:

   - Element AMB733 dla Sektora Yogla, dziesięć sztuk!

   - Przyjęto! - odparł magazyn.

   Telefon zamiejscowy zaterkotał krótko.

   - Czy to kontrola?

   - Tak, kontrola - mruknął Albert, poznając glos rozmówcy sprzed kilku minut.

    Będzie awantura! - pomyślał nastrajając się odpowiednio.

   Glos w słuchawce brzmiał jednak nad wyraz grzecznie.

   - Bardzo przepraszam, czy to automat, czy... kontroler?

   - Kontroler.

   - Ach... Bardzo pana przepraszam... Ja... myślałem, że mówię z automatem...

   - Trzeba panować nad sobą, mój panie! - Albert wsiadł na niego z góry, bo to jedyny sposób na takich niecierpliwych. - Scientax to nie jakaś głupia centrala telefoniczna! To maszyna mądrzejsza od niejednego człowieka! Czasami ma prawo być w niedyspozycji.

   - To pan... sam rozwiązał to równanie?

   - Sam.

   - W takim razie jeszcze raz przepraszam i bardzo dziękuję! Doprawdy myślałem, że mówię z automatem. Pan umie rozwiązywać takie równania? - W głosie jego brzmiał nie tajony podziw.

   - I nie tylko takie!

   - To jeszcze raz dziękuję i przepraszam!

   - Dobra, w porządku! - mruknął Albert, uśmiechając się sarkastycznie. - Do usłyszenia

   Odłożył słuchawkę, wstał i nalał do szklanki wody z kranu. Włączył grzałkę. Klapka, zamykająca kanał pneumatycznego podajni­ ka, odskoczyła. Na stół wypadła paczuszka. Albert rozpakował ją i wydobył zamówione przed chwilą mikroelementy. Pięć z nich umieścił na miejscu przepalonych, pozostałe zaś - w stojaku re­ zerw.

   Woda w szklance zawrzała, wsypał do niej kawę i przykrył spodkiem. Przygotował łyżkę i puszkę z cukrem. Oparty łokciami o stół, patrzył tępo w wygaszoną wciąż ścianę kontroli. Ani jedna operacja nie zahaczała nawet o ten sektor.

    Martwa studnia! - pomyślał raz jeszcze.

   W tej samej chwili drzemiącą ścianą kontroli przebiegł świ­ etlny dreszczyk. W lewym górnym rogu zapłonęła zielona, pełznąca ku środkowi kreska światła. Jak nieprawdopodobnie długa dżdżowni­ ca przebiła kilka zapalających się przed nią jasnych krążków ż nawlókłszy je na siebie, czołgała się dalej, skręcając co chwila pod kątem prostym w lewo lub w prawo. Albert śledził bez zbyt­ niego zainteresowania schemat analogowy rachunku.

    Elementarny problem Slota z jednym parametrem urojonym - ocenił machinalnie i ziewnął.

   Znał na pamięć wszystkie stereotypy rozwiązać problemu Slota aż do czternastego stopnia włącznie.

   Ludziom zupełnie nie chce się poruszać mózgiem - zakonklu­ dował w myślach. - Z byle głupstwem zaraz lecą do Scientaxu, jak­ by to była informacja kolejowa. Odkąd dopuszczono telefoniczne łączenie z każdego domowego aparatu, wszyscy nagle zapomnieli, czemu się równa druga pochodna z iksa i temu podobne trywialne historie...

    Telefon zewnętrzny. W słuchawce glos jakiegoś dziecka.

   - Kontrola? Proszę pana, ja pytałem, ile to jest siedem razy osiem i nie dostałem odpowiedzi...

   - Pomyłka - powiedział Albert bezmyślnie. - Zadzwoń trzy zera, dwie ósemki, do pionu algebry, sekcja numeryczna.

   Odłożył słuchawkę i pomyślał po chwili, że właściwie krócej byłoby powiedzieć pięćdziesiąt sześć.

   Zaraz... - zastanowił się. - Pięćdziesiąt sześć? Czy aby nie sześćdziesiąt pięć? Nie, dobrze: pięćdziesiąt sześć. Mogłem mu właściwie powiedzieć. Ale, do diabla, to nie należy do moich obowiązków, nie płacą mi za to. Kontroluję sektor funkcji pseu­ dopolimorficznych, a nie tabliczkę mnożenia!

   Sięgnął po kawę, lecz zadzwonił telefon wewnętrzny. Podniósł słuchawkę i zaraz się najeżył. To Erika...

   - Albert? - powiedziała słodko. - Zajęty jesteś bardzo?

   - Cholernie - powiedział zimno.

   - Nie wpadłbyś na kawę?

   - Nie wpadłbym. O, właśnie wyskoczył człon negacyjny, muszę wymienić! - powiedział i odłożył słuchawkę.

   Żaden człon oczywiście nie wypadł.

   - Bezczelna! - warknął półgębkiem.

   Ujął w rękę mikrofon dyspozycji służbowej, przechylił się na ukośnie opuszczone oparcie fotela i popijając kawę powiedział:

   - Służbowo, z bankiem pamięci. Wydział muzyki klasycznej, wiek dwudziesty.

   Przymknął oczy i rzucił automatowi, który się po chwili zgłosił:

   - Gershwin: Błękitna Rapsodia.

   Nie. Muzyka też go denerwowała. Kazał przestać, zamilkła na­ gle. Za to na stole rozdzwonił się telefon.

   - Profesor Ambro - mówił spokojny uprzejmy głos. - Nie mam połączenia z trzecim kanałem specjalnym. Pierwszeństwo siódmego stopnia. Może pan łaskawie coś zrobi, by mi pomóc. To dość ważne...

   Albert miał już powiedzieć że nic nie może poradzić, ale... siódmy stopień... Lepiej się nie narażać, mogłyby być nieprzyjem­ ności. Sprzęgł więc linię, na której "siedział" profesor, z awaryjnym kolektorem uniwersalnym i włączywszy się na trzeciego z mikrofonem, powiedział..

   - Siódmy stopień, spec-trzy, zastępczo dla linii zewnętrznej.

   - Tor gotów! - szczeknął automat.

   - Proszę programować, panie profesorze! - powiedział Albert do mikrofonu i odstawiwszy mikrofon na stół, ułożył się wygodnie w fotelu.

   Erika mąciła mu spokój. Co ta idiotka sobie wyobraża? Pomyślał, że to cholerne nieszczęście trafić na taką.

   Raz jeszcze rzucił okiem na tablicę. Oprócz tranzytowego przebiegu profesora Ambro nie paliło się nic więcej. Po chwili w rogu ekranu i nieśmiało jakby i z wahaniem zapłonęła zielona li­ nijka, ominęła jednak sektor Alberta, penetrując sąsiednie pola, by wreszcie zniknąć jak zdmuchnięta.

   Zniechęcił się... - pomyślał Albert. - I słusznie. To wszys­ tko nie ma najmniejszego sensu.

   Sam nie wiedział, do czego ma się to stwierdzenie odnosić, jednak natarczywe wrażenie bezsensu wyzierało zewsząd - z tysięcznych powtarzających się monotonnie bloków pamięci opera­ cyjnej, z pogaszonych ekranów, z pustki przejść i korytarzy. Nie po raz pierwszy zadawał sobie pytanie, dlaczego siedzi tu, we wnętrznościach elektronowego supermózgu, dziewięć kondygnacji pod powierzchnią ziemi, spełniając podrzędne funkcje konserwacyjno- kontrolne.

   Dlatego - odpowiadał sobie natychmiast - że jestem inżynierem informacji. Gdybym był technikiem, biegałbym jak Klaus z taśmami na posyłki, gdy się łączność zablokuje...

   Chcąc rzecz ująć głębiej od korzeni i historycznie, należało stwierdzić, że siedział tu dlatego, bo kiedyś tam kilku mądrych doszło do wniosku o nieopłacalności lokalnych maszyn matematy­ cznych i logicznych. Stąd powstała idea jednej supermaszyny, kon­ centratu ludzkiej wiedzy, centralnej biblioteki wszystkiego, co człowiek stworzy i wymyślił.

   Trudności informacyjne zaczęły występować już znacznie wcześniej. Był to przede wszystkim ów słynny efekt Lema-Parkin­ sona: wzrostowi ilości zapisywanych wciąż w annałach i miesięcznikach, dziennikach wreszcie informacji naukowych to­ warzyszyły narastające trudności związane z odszukiwaniem w oce­ nie faktów tego zagadnienia, które akurat było przedmiotem zain­ teresowania. Innymi słowy, ze wzrostem ilości akumulowanej wiedzy malały możliwości korzystania z niej. Rozpoczynając badania jakiegoś problemu uczony nie miał nigdy pewności, czy nie wyważa otwartych już przez kogoś drzwi. Zebranie pełnej bibliografii jakiegoś wąskiego nawet tematu pochłaniało wiele godzin pracy całego zespołu naukowców i wymagało przewertowania setek cza­ sopism i książek. Wydawane wielkim nakładem pracy i kosztów wyciągi, streszczenia, bibliografie ogólne i szczegółowe przes­ tały spełniać swe zadanie wraz z coraz dalej posuwającą się spec­ jalizacją poszczególnych gałęzi wiedzy. Wkrótce pojawiły się już rejestry streszczeń i wyciągi z rejestrów, a wydanie katalogu wyciągów z rejestrów abstraktów stało się alarmowym sygnałem bliskiej katastrofy informacyjnej.

   Wtedy właśnie powstał Centin, zalążek dzisiejszego Scien­ taxu.

   Centin był bankiem pamięci operacyjnej. Każdy, kto zamierzał podjąć badanie jakiegokolwiek zagadnienia, musiał uprzednio za­ meldować o tym maszynie. Jeśli problem był już przez kogoś rozpa­ trywany Centin kontaktował zainteresowanych: by me dublowali wysiłków, nie wiedząc o sobie nawzajem.

    Idea okazała się płodna: Centin obrastał stopniowo w coraz to nowe funkcje, przerodził się w ogólnoświatową bibliotekę i kartotekę, zastąpił księgi ewidencyjne i stanu cywilnego, rozwiązywał problemy ekonomiczne, matematyczne i kosmologiczne.

    Z tym rozrostem funkcji szedł w parze rozrost samej machiny. Rozciągała się już na powierzchni dziesiątków kilometrów kwadra­ towych, sięgała w górę i w głąb ziemi na wiele kondygnacji i poziomów.

   Scientax wkrótce pochłonie nas wszystkich! - zakonkludowal Albert dopijając kawę. - Przyjdzie wreszcie taka chwila, że nie zdołamy ogarnąć tego, co dzieje się w jego wnętrznościach. Każdy zaopatrzony tylko w swój sektor, będzie służył jedynie temu molo­ chowi i dbał o jego dobre samopoczucie, a on będzie za nas myślał... Może zacznie sam stawiać sobie zagadnienia i formułować programy? Licho go wie, czy w nim już teraz nie budzi się jakaś pierwotna świadomość? Może przytaił się, niepewny swych możli­ wości, i dyskretnie podsuwa konstruktorom pomysły dalszej rozbu­ dowę.

   Przez ścianę kontroli znów przebiegła drżąca, niepewna lini­ jka. Narodzona nie wiadomo gdzie, we wnętrzu któregoś z bloków, przebiegła kilka sekcji i pulsując zgasła.

   O, właśnie! To zdarza się coraz częściej. Jakieś nie kon­ trolowane, samorzutne przebiegi, nie wiadomo czym wywołane - pomyślał Albert. - Proces zaczyna się w jakimś punkcie układu, przerzuca kilka operatorów do stanu wzbudzonego i zamiera... Czy to nie wygląda na przebłyski świadomości tego kolosa? Może zresztą to tylko... podświadomości?

   Pogrążył się na powrót w swych niewesołych myślach. Przed pięćdziesięcioma laty byłby kimś ze swym dyplomem inżyniera. Ter­ az jest prawie niczym. Byle dureń może go zbesztać, choć sam nie potrafi rozwiązać prostego równania, które dla Alberta nie przed­ stawia problemu. Ma taki facet wysokie stanowisko - z czwartym stopniem pierwszeństwa do korzystania z Scientaxu, a więc co naj­ mniej docent albo dyrektor! - i znaczy coś w świecie. A on, Al­ bert, musi tu wymieniać elementy elektroniczne, co z powodzeniem mógłby robić automat, gdyby...

    Otóż właśnie! Gdyby nie fakt, iż uszkodzenia zdarzają się zbyt rzadko, by opłaciło się budować specjalny automat do ich usuwania. Zajmowałby on tyle miejsca co cały obsługiwany przezeń sektor, nie mówiąc już o kosztach. Człowiek znacznie lepiej się opłaca: siedzi więc kilkanaście tysięcy takich jak Albert, wysoko kwalifikowanych specjalistów i wszyscy nudzą się jak mopsy. Mogłoby ich być od biedy sto razy mniej, tylko że wtedy żaden z nich nie ogarnąłby wzrokiem swego odcinka, a dotarcie do miejsca uszkodzenia zajęłoby mu zbyt wiele czasu. Uczeni, korzystający z maszyny, nie mogą czekać! Jeden ważniejszy od drugiego a najwe­ selsze rzeczy dzieją się, gdy spotyka się na jednym wejściu dwóch z siódmym stopniem pierwszeństwa. Prestiż nie pozwala ustąpić żadnemu i żrą się jak dzieci, choćby każdy z nich miał najgłupszy i nieważny problem do obliczenia...

    O tych siedzących jak dziury w serze inżynierach nikt nie pamięta. Niektórzy nawet nic o nich nie wiedzą!

   Człowiek jest dziś potęgą i zerem równocześnie - stwierdził Albert sentencjonalnie. - Od chwili gdy jednostkę zredukowano do numeru ewidencyjnego, zanotowanego w kartotece Scientaxu, człowiek znika prawie zupełnie z pola widzenia... Ten numerek zastępuje metrykę urodzenia i paszport... Tożsamość? Proszę bar­ dzo: numerek! Każdy ma go na lewym przedramieniu, elegancko, bo nie widać, dopóki nie oświetli się ultrafioletem. Wtedy fluoryzu­ je i może go odczytać; a potem sprawdzić telefonicznie kto zacz. A gdyby komuś zachciało się zmienić tożsamość? Nic z tego: drugi taki sam numerek ma na szyi, z tylu, nieco poniżej linii włosów. Co niektórym, mającym te i owe grzechy na sumieniu, udawało się z lewym przedramieniem, teraz z szyją się nie uda. Chyba że razem z głową, ale to już inna sprawa: nie ma głowy - nie ma numerka, władza nie ma kłopotu.

   Prawie wszystko o każdym wie to straszliwe gmaszysko.

   Całe szczęście, że tylko prawie! - pomyślał. - Dobrze, że nie wie, co myślę o tej bezczelnej idiotce i co bym chętnie zro­ bił z tamtym chudym szczeniakiem, bo za same myśli dostałbym kil­ ka lat karnego obozu na Hiperionie...

   Albert uświadamiał sobie, że tkwi wśród ogromu zagęszczonej informacji, której nigdy nie potrafi ogarnąć umysłem, a gdyby nawet potrafił, to i tak nie będzie się czul z tego powodu szczęśliwy...

   Przewrócił się na drugi bok.

   - Szczęście... - stęknął. - Nikt nawet dobrze nie wie, co to takiego i czym to mierzyć. Ciekawe, czy dałoby się sformułować matematycznie problem szczęścia... I czy te cholerne funkcje Yo­ gla przydałyby się chociaż przy jego rozwiązaniu?

   Zwrócił twarz w kierunku ściany kontroli.

   - No? Co to jest szczęście, durny elektroimbecylu z przebłyskami autonomicznej świadomości? - rzucił wyzywająco i opadł na fotel.

   Przypomniał sobie, że mówienie na glos do siebie jest pier­ wszym objawem "modnej" ostatnio formy zaburzeń psychicznych, lecz nie zmartwił się tym zbytnio. Było mu wszystko jedno.

   To z przemęczenia - mruknął. - Z przemęczenia bezczynnością.

   Ściana kontroli jarzyła się, jak nigdy, miriadą rozbłysków i pulsujących linii. Albert wiedział, że śni. Na jawie nie spoty­ kało się czegoś podobnego. Spokojnie, a nawet z zainteresowaniem śledził mrowie przebiegów i usiłował odgadnąć, jaki to program przetrawia właśnie maszyna z jego snu. Podobnie jednak, jak śniony tekst drukowany wymyka się zazwyczaj próbom odczytania, ożywając pod wpływem koncentracji uwagi śniącego i zmieniając się w rozsypankę bezsensownych słów, tak i obraz połączeń rozsnuwał się jak zerwana pajęczyna i przestawał cokolwiek znaczyć...

   Brzęknął sygnał awarii. Dopiero gdy powtórzył się dwukrot­ nie, coraz głośniej i natarczywiej, Albert spostrzegł, że przy­ chodzi z jawy, spoza kotary snu. Ocknął się i popatrzył półprzy­ tomnie w głąb labiryntu paneli. Czerwone światło migało w obrębie zespołu sceptronów alternatywnych. A więc nie awaria, lecz brak decyzji, brak odpowiedniej informacji, pozwalającej rozstrzygnąć zadany problem... Jaki problem? Albert odwrócił się i spojrzał na ścianę kontroli.

   Przeraził się. Zobaczył obraz ze swojego snu: starganą pajęczynę, sieć bezładnych na pozór sprzężeń, sięgających długimi wąsami łączy międzysekcyjnych hen, poza ramy objęte blokiem metanalizy... Jakiś potworny, monstrualny program, ogarniający wszystkie działy i poziomy Scientaxu, targał trzewiami machiny. Oszalałe światła przeciążenia wybieraków drgały w nieustannej czkawce wielokrotnych przełączeń, usiłując podzielić się pomiędzy dziesiątki oczekujących na sprzężenie wejść z wyjść...

    - A to co znowu? Kto wymyślił coś takiego? - zdumiał się Al­ bert.

   Z ciekawości włączył kontrolę wejść i... zamarł: wszystkie wejścia były wolne! Cały ten obłąkańczy taniec świateł zrodził się we wnętrzu machiny! Tu brał swój początek i zamykał się w ob­ szarze elektromózgu!

   Chyba... któryś z techników bawi się z nudów pro­ gramowaniem! - pomyślał Albert, chwytając się z nadzieją tej myśli, by odsunąć od siebie absurdalne przypuszczenie, że stało się to najgorsze.

   - Nie, już raczej jakiś inżynier. Co za potwornie wymyślny problem! Osiemdziesiąt pięć procent obwodów zaangażowało!

   Wiedział jednak, że to zupełnie nieprawdopodobne: takie zabawy były przecież najsurowiej zabronione regulaminem. Chyba że ktoś z obsługi zwariował. Ktoś z obsługi albo... sam Scientax!

   W tej chwili wzrok jego padł na stojący na stole mikrofon. Zimny dreszcz przebiegł mu po karku. Chwycił mikrofon. Był włączony.

   - Profesorze Ambro!

   Nikt nie odpowiedział. Ambro musiał skończyć już przedtem, a wszystkie wejścia były przeciek zablokowane.

   - Kontrola główna! - ryknął do mikrofonu. - Kto programował ostatnie zagadnienie?

   - Program z kolektora uniwersalnego na kanał trzeci specjal­ ny, z absolutnym pierwszeństwem - odpowiedział automat.

   - Jaki problem?

   - Zdefiniować pojęcie "szczęścia" - odrzucił beznamiętnie automat.

   Albert zerwał się z fotela i skoczył w kierunku awaryjnego wyłącznika.

   - Proces logiczny zahamowany. Czy podać osiągnięty stan pra­ cy? - rozległo się z głośnika.

   - Cofam blokadę linii, cofam pierwszeństwo! Skaso...

   Albert zawahał się.

   - Nie kasować. Podać wyniki...

   - Zanalizowano problem w płaszczyźnie ekonomiczno- społecznej, psychologicznej oraz z punktu widzenia literatury i sztuki - recytował głośnik. - Obfitość materiału wewnętrznie sprzecznego. Na podstawie literatury pięknej sformułowano trzysta sześćdziesiąt dwa tysiące pięćset dwie definicje, w tym ponad sto pięćdziesiąt tysięcy par zdań wzajemnie sprzecznych. W płaszczyźnie socjoekonomicznej odkryto osiemdziesiąt dwie klasy teorii dobrobytu, które to pojęcie można na podstawie pewnych źródeł uznać za dobry parametr mierzący szczęście. Matematyczny model zagadnienia biorący za podstawę, iż szczęście jest pierwszą pochodną stanu posiadania, zdefiniowano jako sigma od zera do nieskończoności z iloczynów potrzeb przez współczynniki ich za­ spokojenia i przez współczynnik obiektywnej rzeczywistości tych potrzeb...

    - Dość! - przerwał Albert. - Dość! I natychmiast skasować te brednie!

   Maszyna zamilkła, Albert opadł na fotel i zamknął oczy.

   Idiota ze mnie. Oto skutki bezmyślnego gadania przy otwartym mikrofonie na linii absolutnego pierwszeństwa! Nie myśleć, byle tylko nie myśleć... Jeśli ta maszyna dostaje obłędu od takich rozważań, to co dopiero człowiek... Przestać myśleć, niech myśli Scientax... Wtopić się w niego, być jego częścią składową, ele­ mentem mikrofauny jego bebechów... Jeden człowiek nic już dziś nie potrafi...

   Zgrzytnęła klamka. Albert nie odwrócił nawet głowy w stronę drzwi. Wiedział, że za chwilę odkryją, kto zajął na przeszło kwadrans cenną maszynę, nakarmiwszy ją niechcący takim idioty­ cznym, absorbującym całą jej mądrość programem. Dziwne że nie przyszli wcześniej, by go stąd wyrzucić! A może... nie dostrzegli niczego? Ci otępiali kontrolerzy, każdy przed swą tablicą kon­ troli, nie ogarniający i nie rozumiejący tego, co odwzorowuje gra świateł i linii, uczuleni, jak doświadczalne psy, tylko na czer­ wony błysk awarii? Może nie zwrócili nawet uwagi, że zaszło coś niezwykłego?

   Teraz dopiero odwrócił głowę. W drzwiach stała uśmiechnięta Erika.

   - Wciąż się gniewasz? - spytała słodko.

   Albert poczuł mdły smak w ustach. Miał wrażenie, że grzęźnie na powrót w topieli bagna, z którego chwilą przedtem zdołał wydo­ być głowę. Nim otworzył usta, wiedział już, co odpowie wbrew własnej woli.

   - Tylko trochę... - wykrztusił patrząc ponad jej głową w otwór drzwi.

    powrót