Janusz A. Zajdel        Felicitas


   Jonathan Abel Beerless, pisarz, lat 35.

    Kolorowa pocztówka wypadła mi z ręki i leżała na dywanie, patrząc na mnie figlarnie oczami jakiejś rozbawionej dziewczyny w kolorowym regionalnym stroju. Miałem wrażenie jakby zapadały się czterdzieści dwa piętra budynku pode mną, a dwadzieścia cztery pozostałe spadły mi na głowę. Trwałem w osłupieniu przez kilka minut. Bezwiednie wysunąłem dłonią szufladę, sięgnąłem na spód, pod stertę maszynopisów...

    Dopiero w tym momencie odzyskałem nieco jasności myśli i przeraziłem się...

    Więc aż tak wielkie było moje uczucie? Wiedziałem, że kocham Lucy - lecz nie spodziewałem się, że do tego stopnia... Słowem, gdyby nie to, że tydzień przedtem oddałem broń do konserwacji, moja opowieść skończyłaby się w tym miejscu.

    Dziwnym zrządzeniem przypadku, w miejscu gdzie zwykle leżał pistolet, znalazłem tylko sztywny kartonik - pokwitowanie z warsztatu rusznikarskiego. Zadziwiający paradoks: gdyby spadło to na mnie jeszcze rok temu, gdy borykałem się z trudnościami w każdej dziedzinie, gdy tonąłem m długach i darłem ostatnie buty w bezskutecznej wędrówce po redakcjach i biurach agentów - poczy­ tałbym ten fakt za jeszcze jeden dopust losu i przyjąłbym to w pokorze, jak coś zupełnie naturalnego. Ale teraz? Kiedy wszystko układa się jak w marzeniach, kiedy moja książka, rozchwytana w kolejnych trzech nakładach przyniosła mi dość pieniędzy, by przestać kłopotać się o drobne; codzienne wydatki... Teraz, po otrzymaniu "Prix Casiopea", podpisaniu umów z czterema wydawnict­ wami zagranicznymi; po zaakceptowaniu znakomitych warunków na wydanie mojej następnej, prawie już gotowej powieści - odejście Lucy było ciosem, który zachwiał mną z przerażającą siłą. Jeszcze przed tygodniem, gdy wyjeżdżałem w krótką podróż, na spotkania z czytelnikami w kilku pobliskich miastach, nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Być może, zaaferowany nagłą wrzawą jaka wybuchła wokół mojej osoby, zbyt mało czasu poświęcałem Lucy... Ale przecież dawniej też spotkaliśmy się niezbyt często, zawsze rozumiała moje trudności, uczestniczyła w moich kłopotach... Będąc wówczas ze mną, dała najlepszy dowód swego przywiązania... Prawda, że nigdy nie było z jej strony mowy o miłości, ale dla mnie było oczywiste, że mnie kocha... Znając jej powściągliwość w słowach czytałem to z jej całego zachowania. Czyżbym pomylił się aż tak bardzo? Fakt, że nie rozmawiałem z nią o małżeństwie, ale przecież chciałem najpierw stworzyć mocną podstawę materialną dla naszego związku. Nie mogłem skazywać Lucy na borykanie się z trudnościami na początku naszego wspólnego życia!

   Nieszczęścia przychodzą na człowieka zazwyczaj z tej strony z której się ich najmniej spodziewamy. Podniosłem z podłogi pocztówkę. Nosiła datę sprzed pięciu dni i wysłana była z jakiejś nieznanej mi miejscowości. Znaczek był szwajcarski, lecz nie miało to znaczenia bo kartkę wysłano w trakcie podróży, pewnie na jakiejś stacji kolejowej, albo z mi­ asteczka w pobliżu autostrady... Odczytywałem wielokrotnie tych parę zdań...

   "Pozdrawiam Cię z naszej wspanialej podróży przedślubnej. Jack jest zachwycający. Czuję się szczęśliwa. Ale jeszcze szczęśliwsza będę u celu podróży. Może się będziesz gniewał o to, że potrafię być szczęśliwa gdy Ciebie nie ma ze mną, ale to uczu­ cie tak mnie przepełnia, że nie potrafię go stłumić! Dzięki za wszystko, co dla mnie zrobiłeś!

   Lucy"






    Nie posądzałem Lucy o taki cynizm! Czy gwałtowne uczucie może aż tak zaślepić, by pozbawić człowieka choćby cienia skrupułów wobec partnera, którego się nagle porzuca? Kto to jest Jack? Nigdy dotąd nie słyszałem tego imienia! Czyżby poznała go niedawno?... "Zachwycający"! Do diabła! Jak można z takim entuz­ jazmem pisać o nowym narzeczonym do porzuconego mężczyzny! Może się będziesz gniewał..." Co za eufemizmy! Byłem bliski samobójst­ wa - a ona ma tylko tyle do napisania... Żadnego "przepraszam", ani krzty poczucia winy, tylko zdawkowe podziękowanie... Podziękowanie, które brzmi jak ironiczny wyrzut, bo właściwie nie zrobiłem dla niej niczego, za co mogłaby dziękować... Zawsze byłem bez grosza, pieniądze spadły na mnie dopiero w ciągu ostat­ nich trzech miesięcy... W wirze spraw wydawniczych, wyjazdów, wywiadów - zapomniałem nawet o jej urodzinach i dopiero po dwóch dniach posłałem jej kwiaty...

    Przez następne dwa dni żytem jak w gorączce. Odwołałem spotkania, piłem ponad miarę, próbowałem uciec w pisanie, ale nie szło mi zupełnie. Podarłem kilkanaście stron maszynopisu - ostat­ ni rozdział nowej powieści, którą powinienem oddać wydawcy za kilka dni... Wszystko, co napisałem, wydawało mi się idiotycznym zlepkiem bezsensownych frazesów. Przeklinałem wszystko: nagłe powodzenie, przeklętą nagrodę "Casiopei" - wszystko. co kierowało na mnie oczy czytającej publiczności. Dawniej mogłem pisać, jak chciałem, jak potrafiłem. Teraz wydawało mi się, że nie potrafię! Miałem wrażenie, że - gdy stukam w klawiaturę maszyny - za moimi plecami stoi tłum krytyków, recenzentów, redaktorów, którzy chwytają w locie każdą sylabę tekstu, komentują między sobą każdą nie dokończoną myśl przenoszoną na papier...

    Wiem, że jestem cyklotymikiem i przywykłem godzić się z tym, że mój nastrój ulega okresowym wahaniom od entuzjazmu do stanów depresyjnych. Nigdy dotąd jednakże moja depresja nie osiągnęła takiego dna...

    Trzeciego dnia zatelefonowałem do wydawcy, prosząc o przedłużenie terminu. Czułem, jak krzywi się i zgrzyta zębami, lecz nie mając wyjścia i nie chcąc tracić praw do tej i następnych powieści, po których obiecywał sobie spore zyski, zgodził się na miesięczną zwłokę. Prosił tylko, abym dla porządku dopełnił strony formalnej i przesłał odpowiednie pismo do wydawnictwa. Ochoczo wystukałem kilka zdań i szczęśliwy, że zmorę terminu udało się choć trochę oddalić, przez następny kwadrans czułem się jakby lepiej. Dopiero, kiedy idąc na pocztę (list mu­ siałem wysłać jako polecony) mijałem matą kawiarenkę na rogu, odżyło we mnie na nowo wszystko, od początku... Tu przecież poz­ nałem Lucy, tu spotykaliśmy się tyle razy - jeszcze ,zanim za­ mieszkałem na czterdziestym trzecim piętrze nowego wieżowca...

   Dawniej wynajmowałem pokoik w starej kamienicy, w jednej z bocznych uliczek. Gospodyni była osobą surowych zasad, a ja, ceniąc sobie nade wszystko : pokój w miejscu zamieszkania, nie nadużywałem jej cierpliwości. Spotykaliśmy się z Lucy w kawiarni, chodziliśmy na długie spacery... Czasem udawało się nam być sam na sam przez parę godzin, gdy odprowadziwszy ją wieczorem do domu - korzystałem z nieobecności jej współlokatorki. Osoba ta, w średnim wieku, lecz żywego usposobienia, była dalszą kuzynką Lucyny i na nasze spotkania patrzyła dość przychylnie, ale - czując się niejako opiekunką młode dziewczyny - nie chciała swej tolerancji posuwać zbyt daleko...

    Lucy była dziewczyną niezależną, lecz rozsądną. Za taką miałem ją przynajmniej do dnia, kiedy otrzymałem ową druzgocącą pocztówkę. Byłem gotów poślubić ją gdy tylko stanę na twardym gruncie... Nie spodziewałem się nawet, że moje uczucie rozpleniło się we mnie tak silnie. Nigdy nie brałem pod uwagę - nawet teore­ tycznie - możliwości jej odejścia... Gwałtowność zdarzenia poruszyła mnie tak dogłębnie, że teraz dopiero uświadomiłem sobie cały ogrom mojego pragnienia posiadania tej dziewczyny. Być może, składał się na to fakt jej odejścia z jakimś nieznanym mi mężczyzną, którego nie wiadomo od kiedy znała... Nienawidziłem go, nie wiedząc kim jest i jak wygląda. Zabiłbym go na pewno, gdyby mi się nawinął w tych dniach... Widocznie Lucy, przewidując moje reakcje, usunęła siebie i jego na bezpieczną odległość i w niesprecyzowanym kierunku...

    Do domu wracałem znów z głową pełną najczarniejszych myśli. Plik korespondencji, którą wydobyłem z mojej skrytki, wcisnąłem niedbale do kieszeni. Nie obchodziły mnie teraz zaproszenia na wieczory autorskie ani propozycje wydawców i tłumaczy. Nawet stan mojego konta w banku nie miał teraz żadnego znaczenia. Wchodząc do mieszkania, rzuciłem stertę kopert na stolik w przedpokoju, powiesiłem płaszcz i przez chwilę stałem, bezmyślnie wpatrzony w lustro - ostatni podarunek od Lucy, otrzymany po wynajęciu tego mieszkania...

    Jedna z kopert zsunęła się na podłogę. Machinalnie schyliłem się, by ją podnieść. Mój wzrok zatrzymał się na czerwonym nadruku "Agencja Felicitas, Ltd." - odczytałem. Nie znałem tej firmy. Obok napisu widniał stylizowany rysunek kotwicy. W pierwszej chwili chciałem odłożyć kopertę, lecz ciekawość przemogła. Ot­ worzyłem ją. Wewnątrz znajdował się kartonik z winietką firmy, taką jak na kopercie. Pod nią widniało kilkanaście wierszy tek­ stu.

    "Sądzi się powszechnie, że pieniądze nie dają szczęścia. To nieprawda. Nieporozumienie wynika stąd, że ludzie chcieliby mieć jedno i drugie równocześnie. Nie można chcieć zbyt wiele od losu. Oferujemy Ci szansę rozwiązania Twoich problemów. Współczesna wiedza dysponuje możliwościami, o których większość ludzi nie ma nawet przybliżonego pojęcia. Zaryzykuj! AGENCJA FELICITAS poleca swoje usługi. Masz problemy? Spotkał cię zawód? Telefonuj: 768790. Nasz agent odwiedzi Cię niezwłocznie".

    Uśmiechnąłem się gorzko nad tym świstkiem papieru i odrzu­ ciłem go na stos korespondencji. Aby zająć się czymkolwiek, ze­ brałem wszystkie listy, zasiadłem za biurkiem i czytałem je po kolei.

    Było tam kilka listów od czytelników , dwa zaproszenia do klubu miłośników fantastyki naukowej, propozycja wygłoszenia referatu na jakimś sympozjum, parę próśb o nadesłanie nowych opowiadań dla tygodników ilustrowanych i plik wyciągów bankowych. Saldo wykazane w ostatnim wyciągu zaskoczyło mnie swą wysokością. Nie spodziewałem się, że jestem aż tak zamożny...

    Zaraz jednak przyszła refleksja: cóż z tego? Na cóż zdadzą się te pieniądze, jeśli ona... Znów wpadła mi w dłonie notatka Agencji Felicitas. "Niczym właściwie nie ryzykuję" - pomyślałem i sięgnąłem po słuchawkę telefonu.

    Człowiek, który odwiedził mnie wieczorem, wyglądał dość dzi­ wnie. Był niski, o małej łysawej głowie. Nosił duże, bardzo ciemne okulary, które zasłaniały znaczną część jego twarzy. Ubranie wisiało na nim luźno - musiał być nieprawdopodobnie chudy. Na rękach miał białe bawełniane rękawiczki, których nie zdejmował przez cały czas ani na chwilę. Przyniósł ze sobą sporą walizkę. Gdy weszliśmy do pokoju, poprosił, abym zgasił górne światło i pozostawił zapaloną tylko małą lampkę nocną.

    Usadziwszy mnie w fotelu, położył walizkę poza zasięgiem mo­ jego wzroku, otworzył ją i wyciągnął kilka przewodów zakończonych elektrodami, które umieścił na mojej głowie i kończynach. Przede mną ustawił mikrofon i coś, co przypominało miniaturową kamerę telewizyjną. Wydobytą z walizki lampę włączył do ściennego kon­ taktu i oświetlił moją twarz łagodnym, nie rażącym strumieniem fioletowego światła.

   - Proszę wybaczyć! - usprawiedliwił się, kończąc te przygo­ towania. - W domowych warunkach wszystko to jest dość skomp­ likowane i musi trochę potrwać. Ale rozumiemy naszych klientów i staramy się oszczędzić im zbędnej fatygi. Wszystko gotowe. Teraz proszę odprężyć się, rozluźnić i spokojnie, powoli opowiedzieć, co pana gnębi. Proszę mówić o wszystkim dokładnie i z pełnym zau­ faniem. Gwarantujemy dyskrecję, niezależnie od tego, czy ostate­ cznie skorzysta pan z naszych usług, czy nie.

    Mówiłem długo, a on cierpliwie słuchał, kontrolując od czasu do czasu wnętrze walizki, gdzie zapewne znajdowały się jakieś urządzenia rejestrujące - bo on sam niczego nie notował. Na koniec zadał kilka rzeczowych pytań, prosił o fotografię Lucy i pocztówkę, którą od niej otrzymałem.

    - To wszystko - powiedział w końcu, zwijając swoją aparaturę i przymykając wieko walizki. - Nasza firma przeanalizuje sprawę i w ciągu czterdziestu ośmiu godzin otrzyma pan odpowiedź. W tej chwili nie mogę panu niczego obiecać. Rozumie pan: sprawa jest skomplikowana... Musimy zniwelować pewne zdarzenia, które wpłynęły na pańską obecną sytuację... i w ogóle znaleźć stosowną w tym przypadku metodę działania. Sądzę, że rozumie pan, iż sposoby nasze są tajemnicą firmy i o szczegółach nie możemy in­ formować naszych klientów. Jednak, w przypadku podjęcia się sprawy, gwarantujemy skutek. Aby nie było nieporozumień, postaram się sformułować pańskie życzenie: pragnie pan, aby Lucilla Niven była w panu zakochana i aby zniknął z jej życia i pamięci osobnik imieniem Jack. Czy tak?

    - Dokładnie tak! - potwierdziłem. - Czy jednak... firma będzie w stanie, na podstawie tak skąpych informacji...

    - Proszę się o to nie martwić, odnalezienie jej to najm­ niejszy kłopot. Pan nie zna jeszcze naszych możliwości. Mamy w takich sprawach kolosalne doświadczenie.

    - To będzie sporo kosztowało? - spytałem ostrożnie.

    - Owszem. Rzecz wymaga pracy i nakładów, ale... koszty nie przekroczą pańskich możliwości finansowych. Szczegółową kalku­ lację przedstawimy wraz z naszą konkretną ofertą... Przepraszam, czy mógłbym skorzystać z WC?

    Wskazałem mu odpowiednie drzwi, a sam wróciłem do pokoju. Walizka, mojego gościa leżała niedomknięta na stoliku. Ciekawie uchyliłem pokrywę. Wewnątrz umieszczona była jakaś aparatura elektroniczna - wśród niej rozpoznałem tylko magnetowid. Przyjrzałem się bacznie napisom na płytach, obok przycisków i pokręteł. W pierwszej chwili wydawało mi się, że są to piktogramy japońskie, czy może chińskie. Jednak, po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłem, że nie przypominają żadnego ze znanych mi alfa­ betów... Słysząc trzask zamka w przedpokoju, przymknąłem szybko wieko walizki i odskoczyłem w stronę biurka.






   - A więc, zdecydował się pan na naszą propozycję? Człowiek po drugiej stronie biurka był nieco wyższy od agenta, który był u mnie wczoraj, lecz w ogólnych zarysach przypominał mi tamtego. Takie same okulary, mała główka, drobne ciało w zbyt obszernym ubraniu. W przytłumionym żaluzją okienną słonecznym świetle twarz jego wyglądała na nienaturalnie gładką. Jej odcień też wydawał mi się niezwykły - była jakaś oliwkowo-szaro-zielonkawa...

    - Tak... - powiedziałem. - Pomimo wysokiej ceny.

    - Cóż, proszę pana... Nasze koszty są niemałe. Ale za to gwarantujemy pełne wywiązanie się z umowy. Będzie pan szczęśliwy, jak pan sobie życzył. Zdaje pan sobie sprawę, że ingerencja w bieg zdarzeń pociąga za sobą liczne konsekwencje, których skutki są trudne do przewidzenia. Dlatego będzie pan musiał - przynajm­ niej na pewien czas - przenieść się w zupełnie inne miejsce, z dala od wszystkich osób, z którymi pan oraz pańska dziewczyna mieliście jakiekolwiek powiązania. Czy pańskie sprawy zawodowe pozwalają na kilkutygodniowy urlop?

    - Tak - powiedziałem. - O ile będę miał warunki dla dokończenia mojej książki...

    - Oczywiście! Jakiej maszyny do pisania pan używa?

   - Uniwersal, T-3.

    - W porządku. Dostarczymy panu na miejsce taki sam model. A teraz proszę podpisać te dokumenty. To jest umowa o wykonanie usługi, a to - pełnomocnictwo dla naszej firmy, w zakresie spraw związanych ze zleceniem. Poza tym proszę nam zostawić swój pasz­ port i książeczkę czekową. Załatwimy panu kredyt w banku w miejs­ cu pańskiego przyszłego pobytu.

    Przeczytałem uważnie wszystko, co podsunięto mi do podpisu. Warunki były na tyle jasne i jednoznaczne, że nie wahałem się z podpisaniem umowy.

    - Opłatę pobierzemy oczywiście po wywiązaniu się ze zlecenia - uśmiechnął się przedstawiciel Agencji. - A teraz proszę słuchać uważnie. Nie mogę zdradzić panu techniki naszych działań, lecz zapewniam, że sprawa jest niezwykle delikatnej natury. Musi pan stosować się do naszych instrukcji, przeciwnym razie nie gwaran­ tujemy za wynik i będziemy w uważali umowę za zerwaną z pańskiej winy, a to pociąga za sobą skutki finansowe. Wkrótce znajdzie się pan w nieznanej sobie miejscowości. Jest to eleganckie kąpielisko na jednej z wysp Pacyfiku. Tam spotka pan swoją narzeczoną. Proszę pamiętać o jednym: nie wolno panu ani słowem nawiązać do wydarzeń ostatnich dni. W żadnym wypadku nie może pan dopuścić do poruszania tego tematu. Proszę sobie założyć, że ona oczekuje tam pana, że znalazła się tam na pańskie życzenie, a między wami wszystko było i jest w porządku. To będzie po prostu jakby nowa rzeczywistość i dla niej i dla pana. Lecz ona - w odróżnieniu od pana - nie pamięta niczego od chwili, gdy widzieliście się po raz ostatni. Ten fragment jej pamięci zastąpiono innym obrazem nie­ byłych zdarzeń ... Proszę to przyjąć do wiadomości, choć... nie jest to zupełnie tak, jak powiedziałem. Ale każde uchybienie z pańskiej strony może wywołać niepożądaną reakcję... Proszę zatem nie pytać jej o nic i nie poruszać tego tematu.

    - Rozumiem. Czy to jednak możliwe, by... z jej pamięci zniknęło wszystko, co dotyczy tego mężczyzny? By kochała mnie. jakby nic nie zaszło? - spytałem z powątpiewaniem.

   - Zobaczy pan sam - uśmiechnął się zza okularów, przedstaw­ iciel Agencji Felicitas. - A na wypadek, gdyby pan chciał przer­ wać nową rzeczywistość, w której będzie się pan znajdował, proszę wziąć ten przyrząd... Wystarczy nacisnąć przycisk przełącznika.

    Wręczył mi mało pudełeczko z przyciskiem, które schowałem do walizki. Odwieziono mnie na lotnisko i umieszczono w małym pasażerskim odrzutowcu jakiejś filipińskiej linii lotniczej. Zda­ je się, że zasnąłem w fotelu w czasie lotu.






   Leżałem na szerokim, staroświeckim łożu w niewielkim, lecz stylowo urządzonym pokoju. Przez zaciągnięte zasłony w oknach przebijało jasne światło słoneczne. Czułem delikatną woń niez­ nanych kwiatów, z zewnątrz dochodziły dalekie dźwięki muzyki i chóralnego śpiewu. Skrzypnęły drzwi. Spojrzałem w ich stronę. Jasna głowa Lucy wsunęła się ostrożnie do pokoju. Nasze spo­ jrzenia spotkały się. Uśmiechnięta radośnie podbiegła i usiadła obok mnie na łóżku.

    - Obudziłeś się już! Nie mogłam się doczekać!

    Objęła moją szyję, ucałowała mnie tak, jak nigdy przedtem - spontanicznie, żywiołowo...

    Chciałem usiąść, ale nie pozwoliła mi, delikatnie przytrzy­ mując moje ramiona.

    - Leż, nie wstawaj. Musisz wypocząć po podróży - powiedziała, troskliwie poprawiając poduszkę pod moją głową. - Nie pozwoliłam budzić cię na śniadanie, ale jeśli jesteś głodny, zaraz każę coś przynieść. Tutaj jest cudownie, zobaczysz. Patrz, zdążyłam się pięknie opalić...

    Zsunęła z ramienia wąskie ramiączko kwiecistej, plażowej sukienki. Była rzeczywiście opalona na piękny, złoty kolor. Przyjrzałem się jej z bliska. Tak, to była ona, bez wątpienia... Ona, moja najprawdziwsza Lucy... To niemożliwe abym śnił tak wyraziście. "Chyba raczej cały tamten koszmar był tylko snem. Ona nigdy nie odeszła ode mnie, to niemożliwe, tego nigdy nie było" - powtarzałem sobie, tuląc ją do siebie. Odwzajemniała moje uściski i pocałunki, patrzyła mi w oczy tak, że nie mogłem mieć najm­ niejszych wątpliwości...

    Przez pierwsze dni czułem się cudownie. Wspaniały klimat wyspy, słońce, plaża, ocean, egzotyczne owoce... A wśród tego my dwoje, jak w reklamowym prospekcie agencji turystycznej... Luksu­ sowy pensjonat ze znakomitą kuchnią i dyskretną obsługą, klimaty­ zowane pokoje - słowem, wszystko co można sobie wymarzyć, siedząc w śródmieściu wielkiej metropolii i mając na głowie setki spraw do załatwienia.

    Lucy była nadzwyczajna, oszałamiająca, radosna, a przy tym, jak nigdy przedtem, czuła i troskliwa. Była wciąż przy mnie, nie odstępowała mnie ani na chwilę. Odgadywała niemal moje myśli i pragnienia. Była taka, o jakiej zawsze marzyłem w samotności sublokatorskiego pokoju, pośród stert książek i zapisanych arkuszy papieru. Po raz pierwszy byliśmy razem tak długo, dniem i nocą, bez chwili przerwy... Czułem się naprawdę szczęśliwy...






    Czwartego czy piątego ranka obudziłem się nagle wcześniej niż zwykle. Chyba śniło mi się coś przykrego, bo nim jeszcze ot­ worzyłem oczy, odczułem ulgę - jakby przebudzenie uwolniło mnie od gniotącego koszmaru. Uchylając zwolna powieki, natrafiłem na spojrzenie Lucy. Było jakieś dziwne, badawcze, przenikliwe... Celowo nie otwierałem szerzej oczu, a ona nie od razu dostrzegła moje przebudzenie. Uświadomiłem sobie, że już kilkakrotnie przedtem przyłapywałem ją na takich spojrzeniach. Co mogły oz­ naczać? Otworzyłem szeroko oczy. Twarz Lucy złagodniała w uśmiechu. Pocałowała mnie. Przylgnęła do mnie gwałtownie, obej­ mując mnie mocno. Ta jej impulsywność, gwałtowność reakcji, niehamowany erotyzm - to też było coś nowego, nieznanego mi doty­ chczas... Wprawdzie zachowywała się właśnie tak, jak sobie wyobraziłem w moich marzeniach, bez większych zatajeń przekazanych agentowi "Felicitas" - lecz to właśnie zaczynało mnie intrygować. Ona nigdy przedtem nie była taka! Była raczej powściągliwa, zażenowana w intymnych sytuacjach, oszczędna w wyrażaniu czułości. Czy można zmienić charakter człowieka aż do tego stopnia? Coś tu jest nie w porządku!

    Czyżby - wyzbyta pamięć o osobie owego tajemniczego Jacka - zachowała w sobie pamięć erotycznych szaleństw, które w niej wyz­ wolił? To jasne! On dokonał tego, czego ja nie potrafiłem! Obudził w niej uśpione żądze, nauczył ją prawdziwie, szczerze uzewnętrzniać reakcje... To, co przeżywa ze mną, jest przeznaczo­ ne dla niego, choć nie jest tego świadoma... Teraz stały się dla mnie oczywiste przyczyny niedawnej ucieczki Lucy: ten Jack musiał podziałać na nią piorunująco...

    Stałem się chłodny, oziębły wobec jej pieszczot. Pierwsza euforyczna radość z odzyskania Lucy, ze spełnienia pragnień, ustąpiła refleksjom... Jeśli bowiem zdarzyło się raz, może zdarzyć się znowu... Odsunąłem się, wymknąłem z uścisków Lucy, tłumacząc się bólem głowy. Poprosiłem, by zostawiła mnie samego. Chciałem po prostu spokojnie pomyśleć. Spostrzegłem strach w jej oczach. Sprawdziła dłonią moje czoło, próbowała wydobyć ze mnie jakieś życzenie. Dla świętego spokoju poprosiłem o kawę. Przyniosła ją i usiadła przy mnie.

    Ponownie poprosiłem ją, by pozostawiła mnie samego. Posmut­ niała, ale odeszła bez słowa. Po chwili wstałem ostrożnie zza ko­ tary wyjrzałem przed budynek. Przeczucie nie omyliło mnie! Lucy wybiegła ścieżką ku bramie wjazdowej. Wypiłem kawę i leżąc wygod­ nie, zacząłem analizować te wszystkie niejasne, ukrywane myśli i podejrzenia, przychodzące mi głowy w chwilach refleksji. Mój umysł pisarza-fantasty, wyczulony na subtelność dziwnych sytu­ acji, nastawiony na odkrywanie niezwykłych aspektów w rzeczach z pozoru normalnych - podpowiadał mi teraz najdziwniejsze interpre­ tacje...






   Lucy wróciła po godzinie. Zajrzała lękliwie do pokoju, gdzie wciąż leżałem symulując ból głowy. Jej twarz wyrażała tak głęboki niepokój, że nie miałem sumienia martwić jej dłużej. Powiedziałem, że czuję się znacznie lepiej i wyszliśmy razem na spacer.

    Miejscowość składała się w głównej mierze z pensjonatów i hoteli, sezon trwał tu przez cały rok. Liczne kawiarnie, knajpki i lokaliki rozrywkowe ciągnęły się wzdłuż głównej ulicy, na plaży roiło się od opalonych ciał, kolorowych kiosków i parasoli. Idąc z Lucy trzymającą kurczowo moje ramię, rozglądałem się wokoło. Wstępowaliśmy do chłodnych, dobrze klimatyzowanych kawiarenek, by wypić chłodny sok pomarańczowy lub kieliszek wermutu z lodem. W salonie gier przegraliśmy drobną sumę do cybernetycznych wydr­ wigroszy - zmyślnych automatów zadających podchwytliwe zagadki. Po drodze wstąpiłem do miejscowej ekspozytury australijskiego banku, gdzie bez trudu zrealizowałem czek z mojej książeczki i dowiedziałem się, że mam tu kredyt o dość znacznej wysokości.

    Zmęczeni przechadzką w południowych godzinach odpoczęliśmy na plaży w cieniu wiaty z tonkinowych prętów wyplatanych włóknem palmowym, wystawiając się na wilgotny, łagodny wietrzyk od oceanu. Ochlapani słoną wodą, w wilgotnych kostiumach kąpielowych wracaliśmy na obiad do pensjonatu. Przechodząc koło sklepiku z wyrobami tytoniowymi wstąpiłem do środka, by kupić sobie kilka. paczek papierosów. Lucy pozostała na zewnątrz, oglądając drobiaz­ gi na wystawie sąsiedniego sklepu. Odchodząc od lady, odwróciłem się zbyt gwałtownie i wpadłem na dziewczynę stającą za mną. Stanęliśmy twarz w twarz, przez mgnienie oka poczułem poprzez cienką tkaninę kostiumu plażowego jej twarde piersi, wparte w mój nagi tors. Cofnąłem się gwałtownie, przepraszając jakimś między­ narodowym "pardon" z bliżej nieokreślonym akcentem. Nasze spoj­ rzenia zetknęły się na chwilę, nieco zbyt długą. Odpowiedziała jakimś cichym, zdławionym słowem, którego nie zrozumiałem i uśmiechnęła się. Wyminąłem ją niezręcznie, ocierając się o jej nagie, na brąz opalone ramię. Wychodząc, spojrzałem raz jeszcze za siebie. Dziewczyna patrzyła w moją stronę, lecz Lucy wisiała już u mojego ramienia i ruszyliśmy w stronę pensjonatu.

    Przez całą drogę milczałem, choć Lucy zagadywała co chwila. Nie docierała do mnie treść jej słów, zdawkowo pomrukiwałem, by dać dowód, że wciąż jej słucham, lecz myślami wracałem do spotka­ nia sprzed chwili. Wywoływałem z pamięci obraz dziewczyny, którą musiałem widzieć już kiedyś - nie tutaj przecież, lecz dawniej, gdzieś tam, w moim mieście.

    Odtwarzałem drobiazgowa jej wygląd, rekonstruowałem z pa­ mięci, z dwóch migawkowych ujęć - w zbliżeniu i w perspektywie sklepowego wnętrza - portret obcej kobiety.

    Była niewysokiego wzrostu, bo patrzyła na mnie z dołu, spod zwisającej nad oczami fryzury, przypominającej włosy miejscowych tubylczych dziewcząt (drobne, poskręcane, kędzierzawe loczki), lecz niewątpliwie była Europejką. Jej jasna twarz wyraźnie odci­ nała się od opalonych ramion i dekoltu. Nie umiałem powiedzieć nic na ten temat barwy jej oczu; jedynie to, że dość szeroko os­ adzone i bardzo wyraziste. Wciąż wydawało mi się, że czuję twardy dotyk końców jej piersi, umiałbym nawet wskazać te miejsca na mo­ jej klatce piersiowej - dość wysoko, jak na jej niski wzrost. Widziałem ją już kiedyś, na pewno... Ona zresztą też sprawiała wrażenie, jakby widziała mnie kiedyś...

    - Co o tym sądzisz? - Lucy ścisnęła lekko moje ramię.

    Oprzytomniałem. Dochodziliśmy do pensjonatu. Lucy pytała o coś, a ja zupełnie nie zarejestrowałem tego pytania.

    - Przepraszam! - powiedziałem, przeciągając dłonią po twarzy i oczach - Pytałaś o coś?

    Spojrzała na mnie uważnie.

    - Źle się czujesz? - spytała z niepokojem.

    - Chyba ten upał - usprawiedliwiłem się. - Ale już dobrze. Co mówiłaś?

   - Pytałam, czy nie moglibyśmy wybrać się wieczorem do któregoś z tych lokalików na bulwarze. Moglibyśmy zjeść kolację, zatańczyć... Ale jeśli nie czujesz się dobrze...

    - O, nie jest ze mną aż tak źle - powiedziałem szybko. - Wieczorem, po zachodzie słońca, na pewno będę w świetnej formie!

    Nie wiem dlaczego, w tym momencie wierzyłem, że wieczorem na pewno spotkam tamtą dziewczynę.

    Nie spotkałem jej tego wieczora, choć po zjedzeniu kolacji zaglądaliśmy z Lucy jeszcze do trzech czy czterech knajpek, gdzie turyści bawili się przy muzyce i znakomitym miejscowym piwie. To ja oczywiście poddałem myśl obejrzenia nocnego życia kurortu.

    Byłem tak zamyślony i ponury, że Lucy zauważyła to od razu, kilkakrotnie pytała, jak się czuję i proponowała powrót do pen­ sjonatu. Wróciliśmy wreszcie, grubo po północy; lekko wstawieni kolejnymi drinkami w różnych barach. Noc była gorąca, ustał wia­ tr, w pokoju było duszno pomimo włączonej klimatyzacji. Leżeliśmy obok siebie, spoceni, nie dotykając nawzajem swych rozgrzanych ciał. Spojrzałem na Lucy. Chyba spała, leżąc na wznak, okryta tylko prześcieradłem. Przymknąłem oczy, nie mogłem jednak zasnąć. Co chwila pojawiała się myśl o tamtej dziewczynie. Raz jeszcze spojrzałem na Lucy. W bladym świetle księżyca, pod prześcieradłem rysowały się wzgórki jej piersi. Bezwiednie wyciągnąłem dłoń, by ich dotknąć... Nie, to nie było to samo... W jednej chwili, prze­ rażająco realnie poczułem na ciele tamte dwa punkty, odciśnięte piersiami nieznajomej...

    - Nie śpisz? - Lucy poruszyła się, otworzyła oczy. - Ja też nie mogę...

    - Chcesz proszek?

    - Tak, są w szufladce nocnej szafki, z twojej strony.

   Znalazłem proszki, otworzyłem butelkę wody mineralnej i nalałem pół szklanki.

    - Połkniesz?

    - Nie. Rozgnieć na łyżeczce - powiedziała.

    Nie wiem dlaczego to zrobiłem, lecz zamiast jednej tabletki zmiażdżyłem trzy i podałem Lucy. Przełknęła, nie zauważywszy...

    Słyszałem, jak jej oddech wyrównuje się. Zasypiała. Leżałem nadal, z oczyma utkwionymi w suficie. Nie, to niemożliwe... Czy można zmienić do tego stopnia bieg rzeczy? W jaki sposób im, tym dziwnym ludziom z Agencji Felicitas, udało się odwrócić bieg wydarzeń, oddać mi moją dziewczynę?

   Wróciły przypuszczenia i podejrzenia, kiełkujące we mnie od chwili, gdy spełniły się tak dokładnie wszystkie moje pragnienia.

    Czy wszystko, co dzieje się ze mną tutaj, jest realną rzeczywistością? Ten kawałek świata, z pozoru normalny, wypełniony żywymi ludźmi - a przecież odizolowany jakoś, ograni­ czony... Nie wiem nawet, jak się tutaj znalazłem, wszedłem w tok zdarzeń dziejących się wokół mnie... a może tylko we mnie? Sterowana halucynacja? Sen narkotyczny, w którym spełnia się wszystko, czego pragnę? W jaki sposób mógłbym przekonać siebie o realności tego świata? Wyobraźnia twórcy science fiction pod­ powiadała mi różne rozwiązania... Ale... przecież takiego "snu" nie można ciągnąć w nieskończoność... Do czego zmierzają ludzie z Agencji? Jak zamierzają rozwiązać to wszystko, zakończyć? Nie, halucynacja - to nonsens. Nawet sterowana przez podłączenie mo­ jego mózgu do symulatora wrażeń... Zbyt skomplikowane i zbyt re­ alne jest to wszystko co tu przeżywam...

    ...Więc może... Lucy nie jest tą samą dziewczyną? Czy można wymazać z czyjejś pamięci jakiś odcinek wspomnień, zastąpić je innymi? Gdyby to było możliwe, czyż nie prościej byłoby pozbawić mnie tych wspomnień, które dotyczą Lucy? Jeśli to ona leży przy mnie, to musi przecież pamiętać... Wszystko: swoją ucieczkę z Jackiem, pocztówkę z podróży... To dlatego patrzy na mnie takim wylęknionym spojrzeniem, zgaduje moje myśli, stara się być ideałem kochanki... Lecz wciąż nie rozumiem, jakim sposobem zdołali ją do tego skłonić? Pieniędzmi? Moimi pieniędzmi? Non­ sens! Wiedziała przecież, że moje pieniądze należałyby i tak do niej, gdyby została ze mną... Nie! A więc to nie może być ona! Więc kim - a może czym - jest ta dziewczyna, leżąca obok mnie? Przerzucam w pamięci wszystkie historie, jakie mogą zdarzać się w fantastycznych opowieściach. Trzeba dopuścić nawet najbardziej nieprawdopodobne rozwiązania, trzeba wziąć pod uwagę każdą możli­ wość...

    ...A więc trzeba zacząć od pracowników Agencji... Kim są? Ich dziwne postacie, ciemne okulary, niezwykły odcień skóry... Walizka! Nieznane znaki na przyrządach!

    Kosmici? Istoty, przybyłe we wnętrzu UFO, by uszczęśliwiać nas... za nasze pieniądze?

    No, niech będzie... Przypiszmy im możliwości, jakich nie posiadamy my, ludzie... A pieniądze? Może potrzebują funduszy na legalne z pozoru przedsięwzięcia na Ziemi? Cóż dalej? Teraz wach­ larz możliwych interpretacji rozszerza się znacznie...

   Jakieś sztuczki z odwróceniem czasu? Pętla pozaczasowa? Fałda czasu? Równoległa rzeczywistość... Tak, to jest wyjaśnie­ nie... Tylko, że punkt odgałęzienia tej nowej rzeczywistości zna­ jdowałby się w różnych chwilach - dla mnie i dla Lucy... A więc tamta, moja, prawdziwa Lucy znajduje się w innej rzeczywistości z jakimś Jackiem, a ta? Kim jest ta?

    Zgodnie z regułami science fiction, musi być inną realizacją tej samej Lucy, innym wariantem tej samej osobowości. A ja? Gdzie jestem ja? Ten, którego kontynuację stanowię, pozostał w tamtej rzeczywistości, przeżywający swoje cierpienie! Może już zas­ trzelił się, jak zamierzał... zamierzałem... tfu, cholera... Nie, to nonsens... Jest tylko jedna rzeczywistość i jeśli odrzuciłem możliwość halucynacji i życia w świecie symulowanych zdarzeń, muszę znaleźć inne wyjaśnienie...

    Fałda czasu, odskok w inną rzeczywistość, zakładał powrót do tamtej, pierwotnej... Czy możliwe jest ponowne zgranie dwóch nurtów czasu, które się rozbiegły? Nie! To niemożliwe. Cóż po­ zostaje? Jakie jeszcze sztuczki mogą stosować Kosmici? Spojrzałem na śpiącą Lucy. Oddychała równo, prawie bezgłośnie. Kukła! - przebiegło mi przez myśl. Symulator! Robot homoidalny!

    Szybkim ruchem zdarłem z niej prześcieradło. Nie poruszyła się, spała wciąż głębokim snem. Zapaliłem lampkę nocną i w jej świetle zacząłem drobiazgowo badać każdy szczegół jej ciała, każdą zmarszczkę na skórze, twarz, włosy, paznokcie... Nie... Jeśli była mechaniczną kopią, to wykonaną tak dokładnie, że nie sposób odróżnić jej od prawdziwej Lucy. Każde znamię na skórze było jej własnym...

    Przyłożyłem ucho do jej piersi, wsłuchiwałem się w rytm ser­ ca... Żadnych podejrzanych odgłosów oprócz normalnych, fizjolo­ gicznych...

    Stropiony nieco, okryłem ją ostrożnie. Znów leżałem, wpat­ rzony w sufit, z głową pełną półsennych urojeń i fantastycznych domysłów. Jednego byłem pewien: to nie jest ta sama Lucy, która odeszła ode mnie niespełna dwa tygodnie temu... Niemożliwe, by ktokolwiek zdołał ją do tego nakłonić... Ci zielonkawi Kosmici z Agencji niewątpliwie chcą, abym podpisał im czek na ową okrągłą sumkę, na którą opiewa kalkulacja mojego uszczęśliwienia! Prawdziwy czek z prawdziwym podpisem, a nie fantom czeku z halucynacją podpisu! W jakiejkolwiek byłbym rzeczywistości, muszę wpierw wrócić do mojej rodzimej, nim ureguluję ich rachunek! A jeśli wrócę niezadowolony z ich usług, przecież im nie zapłacę! Oni muszą rozumować równie logicznie, jak ja! Cóż więc pozostaje? Która z hipotez da się pogodzić z problemem regulacji rachunku i mojego prawdziwego uszczęśliwienia?

    Duplikat! Tak, to jest to właśnie! Trafiony tym pomysłem, usiadłem na łóżku. Ta Lucy jest dokładną, żywą kopią mojej dawnej dziewczyny. To jest "Lucy Bis", wyposażona w całą pamięć tamtej - może z wyjątkiem wspomnianych owych fatalnych kilku dni, gdy właściwa Lucy odeszła... Dokładna, genetycznie skopiowana, odt­ worzona we wszystkich szczegółach - lecz... wobec tego, taka sama!

    Jeśli nosi w sobie wszystkie cechy tamtej, to czyż nie będzie jak tamta, zdolna uczynić tego samego: przepaść znienacka z jakimś przypadkowym mężczyzną? Spośród wszystkich hipotez ta jedna wydała mi się najtrafniejsza. Tłumaczyła prawie wszystko... Moją obecność tutaj, planowaną na kilka tygodni; przez ten czas Agencja zamierza poczynić odpowiednie kroki, abym nie zetknął się przypadkowo po powrocie z właściwą Lucy... A także - nieco prze­ sadzone reakcje Lucy-Bis w sytuacjach intymnych - bo wszak natężenia tych reakcji nie mogli precyzyjnie wyregulować... A jeśli przeregulowali ją zanadto w kierunku zwiększonego erotyzmu - tym gorzej, bo tym prędzej uczyni to samo, co jej pierwowzór... Czułem, że odrazą napawa mnie ta istota, służalczo wpatrzona we mnie, nadskakująca mi, usiłująca zadowolić wszystkie moje potrze- by i pragnienia... Może tylko do czasu, kiedy zapłacę rachunek A- gencji?

    Zasypiałem z uczuciem, że nie chcę, bardzo nie chcę tej namiastki, tej repliki dziewczyny, którą kocham, wciąż przecież kocham... Tej, którą kocham pomimo, że skrzywdziła mnie i poniżyła, odchodząc z innym... Wydawało mi się profanacją mojego uczucia to, że jestem z nią, śpię z nią, dotykam jej... Zasypia­ jąc znów ujrzałem obraz tamtej, ciemnowłosej, drobnej, ze sklepu tytoniowego. Miała zielonkawe oczy... tak, na pewno! Skąd to wiedziałem? Nie miałem pojęcia...

    Następnego dnia Lucy obudziła się późno. Bolała ją głowa, co przypisywała nadużyciu alkoholu, lecz ja wiedziałem, że to skutek nadmiaru proszków nasennych. Skorzystałem z tego, by pozostawi­ wszy ją po śniadaniu wymknąć się z pensjonatu. Przebiegłem dwukrotnie główną ulicę, zaglądając do sklepów i barów, potem włóczyłem się po plaży, wypatrując zielonookiej nieznajomej. Kiedy zrezygnowany wracałem do pensjonatu, nagle zobaczyłem ją. Siedziała przy stoliku pod parasolem w bulwarowej kawiarence. Był z nią wysoki blondyn w kolorowej koszuli i białych szortach. Pod­ szedłem tak, by mnie nie widziała i usiadłem przy stoliku za jej plecami. Serce mi łomotało. Nie wiedziałem jeszcze, co zrobię dalej...

    Towarzysz nieznajomej odszedł na chwilę i zniknął we wnętrzu kawiarni. Szybko nabazgrałem kilka słów na bibułkowej serwetce i położyłem na stoliku obok dziewczyny. Obejrzała się. Skinąłem jej głową, odpowiedziała tym samym. Potem rozwinęła bibułkę, przeczy­ tała, zgniotła i wrzuciła do popielniczki. Czekałem w napięciu. Spojrzała znowu w moim kierunku. Pokazała pięć palców, a potem wskazała palcem stolik. "Tutaj o piątej" - odczytałem ten gest. Skłoniłem się, a ona uśmiechnęła się obiecująco. Blondyn wracał już z butelką i dwiema szklankami.

    Lucy czekała na mój powrót w ogrodzie, lecz nie zrobiła mi żadnej wymówki, tylko patrzyła na mnie wciąż tym samym, pełnym lęku wzrokiem, jakby wciąż obawiała się czegoś, co ma się zdarzyć. Uczepiła się mego ramienia, ą ja odczułem coś w rodzaju dreszczu i z trudem pohamowałem w sobie chęć odsunięcia się od niej. To było nie do zniesienia. Wydawało mi się, że jest zapro­ gramowana na tę lepką czułość, to lękliwe spojrzenie i psie przy­ wiązanie...

    Zaraz po obiedzie usiadłem do maszyny, by uniknąć konieczności bliższego kontaktu z "fałszywą" Lucy. Szukałem pretekstów, wymyślałem sposoby pozbycia się jej, odsunięcia jak najdalej. Chętnie nacisnąłbym już w tej chwili przycisk sygnali­ zatora, by wyrwać się z jej troskliwych ramion, uciec od namol­ nej czułości, sprawiającej wrażenie czegoś sztucznego, zapro­ gramowanego... Nawet na moje wyraźne demonstracje niechęci czy zniecierpliwienia reagowała uległością, pokorą, zalęknionym mil­ czeniem. Tamta, moja Lucy, miała charakter... Tę, skopiowaną, twórcy przeregulowali, zgodnie wprawdzie z moimi życzeniami, ale... przesadzili solidnie... Wszystko jedno, skończę to, zapłacę rachunek, ale niech zabiorą tę kopię, skasują, czy ja wiem, co zrobią - ich sprawa, byle nie było jej przy mnie.

    Nie nacisnąłem jednak wyłącznika. Tu, na wyspie, była prze­ cież tamta dziewczyna, piękna nieznajoma... Muszę ją odnaleźć, póki jestem tutaj...

    Pisanie szło mi kiepsko, ale wystukałem z wysiłkiem kilka stron. Postanowiłem przeprowadzić mały eksperyment. Jeśli już mam płacić za to wszystko, to niech mam przynajmniej pewność, że nie jest to mirażem, obliczonym na taki właśnie obrót sprawy, na obrzydzenie mi moich pragnień i moją rezygnację z Lucy. Jeśli wyślę na własny adres kilka stron mojej powieści, będących kon­ tynuacją tekstu już napisanego, to po powrocie do domu będę mógł stwierdzić realność mojego pobytu tutaj. Ludzie - czy Kosmici - z Agencji nie znają przecież mojej nie wydanej jeszcze książki, i jeśli te ostatnie strony nie powstaną realnie, a tylko w ramach mojej halucynacji - nie będą w stanie ich sfabrykować i podrzucić do mojego mieszkania...

    Po głębszym zastanowieniu, logika tego wywodu zaczęła mi się nieco załamywać, jednakże wysyłkę maszynopisu uznałem za świetny pretekst dla wyrwania się wieczorem na spotkanie z niez- najomą.

    Zapakowałem strony do koperty, zaadresowałem i oświadczyłem "Lucy-Bis", że muszę wyjść na pocztę. Upierała się, że pójdzie ze mną, lecz huknąłem na nią dość niegrzecznie i trzaskając drzwia­ mi, wyszedłem.

    Nieznajoma przyszła punktualnie. Przedstawiłem się, ona także wymieniła swoje nazwisko. Na imię miała Olivia. Niczego więcej nie dowiedziałem się o niej, nawet jakiej jest narodowości i skąd pochodzi. To ja mówiłem, ona słuchała, wpatrzona we mnie oczami, które rzeczywiście miały odcień zielonkawy. Z paru zdań, które wypowiedziała, zorientowałem się,że może być moją rodaczką. Rozmawialiśmy we wnętrzu kawiarenki, siedząc przy oknie wychodzą- cym na ogródek z parasolkami. Dalej widać było plażę i morze.

    - Będę musiała zaraz iść - powiedziała Olivia, wciąż patrząc mi w oczy.

    Jej prowokujące spojrzenie kłóciło się wyraźnie z oschłością wypowiadanych zdań.

    - Spotkanie? - spytałem, nie umiejąc zamaskować cienia zaz­ drości. - Wciąż ten przystojny blondyn?

    - Zazdrość? - spytała przekrzywiając głowę, a potem potrząsnęła swą kędzierzawą czupryną. - Nie, ten blondyn to Jack, miejscowy podrywacz. Proszę spojrzeć!

    Spojrzałem w kierunku okna. Smukła sylwetka chłopaka w bar­ wnej koszuli sunęła wzdłuż plaży. Na spotkanie mu biegła kobieta. Obserwowałem ją jak zahipnotyzowany. Podbiegła do blondyna, przylgnęła twarzą do jego piersi, on pogłaskał ją po włosach, a potem objął ramieniem i poszli razem dalej. Kobieta mówiła coś, żywo gestykulując. To była Lucy.

    Odwróciłem głowę od okna. Olivia siedziała na wprost mnie, z brodą podpartą splecionymi dłońmi. Patrzyła wciąż tak samo, pros­ to w moje oczy. Była podniecająco piękna...

    Wstała nagle, kładąc mi dłoń na ramieniu.

   - Zostań - powiedziała.

    - Czy cię zobaczę? - spytałem z niepokojem.

    Nachyliła się i pocałowała mnie szybko.

    - Jeśli tak zechce przeznaczenie - powiedziała. - Dziś stąd odpływam.

    - Dokąd?

    - Daleko - machnęła ręką w kierunku morza i zniknęła w drzwiach.

   Nim zapłaciłem kelnerowi i wyszedłem, zdążyła gdzieś zniknąć.

    Wróciłem do pensjonatu. Lucy zastałem w pokoju. Nie rozma­ wialiśmy. Ona patrzyła swym przerażonym wzrokiem, ja - unikałem jej spojrzenia. Na dnie walizki odszukałem pudełko z wyłącznikiem. Wyszedłem do ogrodu i nacisnąłem przycisk.






   Byłem znowu w Biurze Agencji Felicitas. Pamiętałem tylko, że wieczorem tego dnia, kiedy spotkałem się z Olivią, poszedłem spać zaraz po kolacji, by uniknąć rozmowy z Lucy. Urzędnik - ten sam, który obsługiwał mnie poprzednio - patrzył na mnie pytająco.

    - Więc jednak miałem rację - powiedział. - Skorzystał pan z sygnalizatora. My jednakże wywiązaliśmy się z naszych zobowiązań. To pan zrezygnował.

    Milczałem. Nie mogłem zaprzeczyć, że Agencja spełniła wszys­ tkie warunki.

    - Tak - powiedziałem po chwili, wyjmując książeczkę czekową. - Ile się należy?

    - Według umowy. Zaraz wypiszę pokwitowanie.

   - Czy mógłbym... - zawahałem się. - Czy mógłbym raz... jeszcze skorzystać z waszych usług?

    - W każdej chwili! - uśmiechnął się urzędnik.

    - Więc proszę...

    - Chwileczkę. Proszę przejść do gabinetu.

    Długo opowiadałem o dziewczynie, którą spotkałem na wyspie. Opisałem ją dokładnie. Wyraziłem życzenie, by spotkać ją znowu, zdobyć jej uczucie... Czułem, że bez niej nie będę nigdy szczęśliwy...

    Nowa umowa opiewała na resztę kwoty, jaka pozostała jeszcze na moim koncie. Było mi wszystko jedno. Wiedziałem, że pieniądze wcześniej czy później, znajdą się wreszcie - a takiej dziewczyny nigdy więcej nie spotkam..: Czy nie obawiałem się, że zamiast tamtej, prawdziwej z wyspy - otrzymam znów kopię? Tak, pomyślałem o tym, lecz jakoś nie miałem co do tego żadnych obiekcji... Trud­ no mi powiedzieć, dlaczego...

    - Proszę spokojnie iść do domu - powiedział urzędnik.

    - Zajmiemy się tą sprawą. Zna pan naszą operatywność. Tylko, jeśli można pana prosić, tym razem chcielibyśmy zainkasować należność z góry. Czy mogę wypisać jeden kwit na oba zlecenia?

    - Niech pan pisze! - powiedziałem, wpisując astronomiczną sumę na czeku.

    - Dziękuję. Oto pokwitowanie! - powiedział, wręczając mi niebieski kwitek z czerwonym poprzecznym pasem.

   Rzuciłem okiem na treść.

    "Za dwukrotne uszczęśliwienie pana Jonathana Beerless..."

    Wsunąłem do kieszeni kwit i nową umowę i żegnany ukłonami przedstawiciela firmy wyszedłem na ruchliwą ulicę. Po drodze wstąpiłem na pocztę i odebrałem plik korespondencji, która uz­ bierała się przez dwa tygodnie. Była wśród niej szara koperta, zawierająca mój maszynopis z wyspy...

    Otworzyłem drzwi mojego mieszkania. Już w przedpokoju poczułem silny zapach świeżych kwiatów. Zajrzałem do gabinetu. Na biurku stał wazon różowych peonii. W fotelu obok siedziała Olivia. Zerwała się na mój widok i podbiegła. Objąłem ją. Tak, to była ona, na pewno. Końce jej piersi poczułem tak samo wyraźnie, jak wtedy.

    - Jesteś moim przeznaczeniem - powiedziałem, całując jej włosy.

    Patrząc ponad jej głową, dostrzegłem torebkę, która widać spadła z poręczy fotela, gdy Olivia z niego wstała. Torebka była otwarta. Wśród rozrzuconych drobiazgów leżał niebieski kwit z czerwonym paskiem w poprzek.

    Olivia Tereza Osvaldi, studentka filozofii, lat 22.

    Odkąd sięgam pamięcią, moim wychowaniem zajmowali się dalecy krewni. Należy przez to rozumieć, że praktycznie wychowywałam się sama. Stryj Alfi, brat ojca, najbliższy krewny, jakiego posia­ dałam, był wielkim uczonym i wynalazcą. Nauka i technika intere­ sowała go do tego stopnia, że nie wystarczało mu czasu na zaj­ mowanie się własnymi sprawami finansowymi. Znaczne dochody jakie osiągał dzięki swym licznym patentom, gromadziły się na koncie bankowym, on zaś żył skromnie w pobliżu Instytutu Technologi­ cznego i przez całe życie nie skorzystał zapewne z żadnego ze swych znakomitych wynalazków - bo nie miał nawet tak modnego dziś samochodu elektrycznego (dla którego wynalazł fantastycznie wprost pojemny miniaturowy akumulator).

    Stryj był kawalerem i wobec nikogo nie posiadał żadnych for­ malnych zobowiązań. Niemniej poczuwał się do łożenia na moje utrzymanie, gdyż byłam jedyną córką jego zmarłego brata. Dzięki stypendium, które mi wyznaczył, mogłam podjąć studia na uniwer­ sytecie i skromnie, lecz bez większych trudności utrzymać się w tym mieście. Mieszkała tu także jedna z moich ciotek - stara jędza, od której nie zaznałam wiele czułości w czasach, gdy byłam jako mała dziewczynka całkowicie zdana na jej łaskę. Dlatego też wolałam - mimo kosztów - wynająć samodzielny pokój w mieście niż zamieszkiwać u ciotki. Ciotka miała zresztą sublokatora, o którym z jej relacji wiedziałam tylko tyle, że "po całych dniach tłucze coś na maszynie, do pracy nie chodzi i często zalega z komornym". Poza tym jednak ciotka nie miała do niego większych zastrzeżeń, bo, jak sama przyznawała - z pewnym zdziwieniem zresztą - że "młody, ale nie pije i dziewczyn nie sprowadza". Odwiedzałam ciotkę tylko w przypadkach "skrajnej konieczności" - przy jej urodzinach oraz niekiedy w większe święta.

    Mieszkałam w zasadzie sama, ale ze względu na całkowitą samodzielność mojego mieszkania, często gościli u mnie chwilowo bezdomni studenci - koleżanki i koledzy. Przywykłam do tego, że zawsze ktoś oprócz mnie kręcił się po mieszkaniu lub wkuwał po kątach. Muszę przyznać, niekiedy ten i ów z moich kolegów miesz­ kał u mnie dłużej, na bardziej intymnej stopie. Trwało to różnie - od paru dni do paru miesięcy, a potem kończyło się jakoś samo. Kiedyś udało mi się doliczyć dwudziestu dziewięciu czy trzydzies­ tu takich krótkotrwałych zażyłości, jednak żadna z nich nie wywarła na mnie większego wrażenia, ani nie pozostawiła szczególnie złych lub specjalnie dobrych wspomnień. Tym dzi­ wniejszy dla mnie samej wydał się fakt, który wydarzył się pół roku temu.

    Będąc w odwiedzinach u ciotki zetknęłam się przypadkowo z jej sublokatorem. Trzydziestoparoletni mężczyzna, który wszedł do kuchni, gdy siedziałam z ciotką przy kolacji, prawdopodobnie nie zwrócił nawet na mnie uwagi, ja natomiast odczułam coś, czego do dziś nie potrafię sobie wytłumaczyć. Musiałam mieć wówczas zupełnie nieprzytomną minę, bo ciotka po wyjściu tego człowieka (który wpadł tylko, by nalać sobie herbaty) patrzyła na mnie dość podejrzliwie. Nie pytałam o niego, by nie obudzić czujności starej, lecz zaczęłam bywać tam częściej. Rzadko wprawdzie udawało mi się zobaczyć tego człowieka i tylko dwa lub trzy razy spotkaliśmy się oko w oko w przedpokoju. Nigdy chyba nie przyjrzał mi się dobrze, lecz ja poznałabym go wszędzie. Czułam wzbierającą potrzebę bliższego poznania go, lecz w obecności ciotki nie chciałam wszczynać żadnych kroków.

    Wpadałam teraz do ciotki nawet w dni powszednie. Sublokatora często nie było, lecz ja, pod pozorem pomocy w sprzątaniu wchodziłam do jego pokoju i czytałam maszynopisy. Ciotka korzys­ tając z mojej pomocy, wyrywała się na dłuższe pogaduszki do sąsiadek, a ja, szumiąc odkurzaczem, czytałam fascynujące opowieści tego człowieka. Byłam oczarowana jego wyobraźnią, jego głęboką wiedzą i niezwykłą osobowością, bijącą ze stron jego maszynopisu.

    Postanowiłam spotkać go gdzieś na mieście, by niby to przy­ padkiem, porozmawiać choć chwilę, być z nim blisko, sprawdzić jego i siebie w bliższym kontakcie. Przegoniłam nawet chwilowo wszystkich czasowych użytkowników mojego mieszania, by móc za­ prosić go w każdej chwili do siebie. Niestety! Wychodził rzadko, a ja nie miałam szczęścia spotkać go, choć wielokrotnie czyhałam w pobliżu mieszkania ciotki. Aż wreszcie któregoś dnia spostrzegłam go, wchodzącego do małej kawiarni w narożnym domu. Weszłam tam za nim, z sercem pod gardłem - lecz on siedział już z jakąś blondynką, w wieku bliskim trzydziestki. Patrzyłam na nich zza filara, pijąc z roztargnieniem jedną kawę po drugiej... Nie mogło być wątpliwości. To nie była siostra, kuzynka, ani żadna koleżanka. To była jego dziewczyna! Ja, która obojętnie przyj­ mowałam zawsze przyjście i odejście każdego mężczyzny, poczułam po raz pierwszy dzikie uczucie zazdrości. On musi być mój! - postanowiłam wtedy: - Choćbym miała ją zamordować!

   Przestałam odwiedzać ciotkę, by nie jątrzyć w sobie tych gwałtownych, niebezpiecznych uczuć... I nagle los dał mi szansę. Zmarł mój biedny, poczciwy stryj Alfi. Smutno mi było bardzo - jemu właściwie zawdzięczałam wszystko, co osiągnęłam dotychczas, i jego jednego chyba kochałam spośród wszystkich moich krewnych. Wkrótce potem okazało się, że jestem jedyną praktycznie spadko­ bierczynią stryja, a jego majątek - o czym sam zapewne nie pa­ miętał - urósł do wcale pokaźnej sumy. Nadmiar pieniędzy, do których nie byłam za bardzo przyzwyczajona, nie wpłynął w istotny sposób na mój tryb życia.

    Starałam się niczego nie zmieniać, nie chciało mi się zresztą czynić żadnych przedsięwzięć. Przyczyna, którą ukrywałam przed otoczeniem, a starałam się także ukryć sama przed sobą, była jedna: sublokator mojej ciotki. Nie odkryłam wówczas jeszcze możliwości wykorzystania moich pieniędzy dla zdobycia jego uczuć. Zresztą, taki tryb postępowania nie odpowiadał mi zupełnie. Nie tylko kochałam go... Może bardziej jeszcze - chciałam, aby on mnie kochał. Pieniądze mogłyby uniemożliwić mi poznanie rzetel­ ności jego ewentualnych uczuć...

    Wtedy właśnie otrzymałam kartę reklamową Agencji Felicitas. Cóż mi szkodzi - pomyślałam - spróbować. Zatelefonowałam...

    Cena była wysoka, ale nie zależało mi na pieniądzach. Pod­ pisałam umowę. Nie wiem, jak znalazłam się na wyspie. Pamiętam, że startowaliśmy samolotem z Zurychu. Potem obudziłam się w poko­ ju hotelowym.

    Jona zobaczyłam na ulicy. Był z tą kobietą. Gdy wszedł do sklepiku, poszłam za nim. Zderzyliśmy się przy ladzie. Spojrzał na mnie, jakby poznając; lecz przeprosił i odszedł. Widocznie mo­ ja fryzura, którą zmieniłam w ostatnich tygodniach, zamaskowała podobieństwo.

    Wiedziałam, jak mam postępować. Ci z Agencji dali mi szczegółowe instrukcje. Choć miałam chęć powiedzieć mu wszystko gdy rozmawialiśmy w kawiarni, zniknęłam mu z oczu... Ci z Agencji to chyba cudotwórcy! Po dwóch dniach od chwili powrotu z wyspy (bilety wręczył mi Jack, którego brałam za podrywacza, lecz okazał się agentem Felicitas) zaprowadzono mnie do mieszkania Jona. Po drodze kupiłam kwiaty i czekałam. Powiedzieli, że przyjdzie do mnie, zakochany do szaleństwa, jak było w warunkach umowy. Zamknęli mnie na klucz... Przyszedł..: Przyszedł i objął mnie, jakbyśmy kochali się od bardzo, bardzo dawna. Powiedział, że jestem jego przeznaczeniem...

    Pomyślałam wtedy, że oni, ci z Agencji, naprawdę są chyba cudotwórcami z innej planety...

    Lucilla Jill Niven, inżynier, lat 29.

    Sukces Jona był dla mnie czymś zupełnie naturalnym i zasłużonym. Znałam prawie wszystko co napisał i choć osobiście nie jestem entuzjastką tego typu literatury, musiałam przyznać, że pisał bardzo zajmująco. Wiedziałam, że zamierza ożenić się ze mną. Był ambitny i nie chciał, abym jako jego żona dzieliła z nim te wszystkie trudy niedocenionego pisarza, które znał tak dobrze. Nie miałam do niego żalu o to, że pochłonięty mnóstwem spraw, które wiązały się z jego sukcesem, poświęcał mi mniej czasu niż przedtem. Wiedziałam, że wkrótce wszystko wróci do normy i spoko­ jnie czekałam. Nie zdziwiłam się wcale, gdy następnego dnia po wyjeździe Jona na spotkanie autorskie, odwiedził mnie w pracy młody mężczyzna, który oświadczył, że jest przyjacielem Jona. Wręczył mi przy tym świstek papieru, na którym ręką Jona napisane było tylko jedno zdanie: "Z całym zaufaniem powierzam cię Jackowi Dobbsonowi".

    Poniżej widniał podpis Jona i data poprzedniego dnia. Jack był człowiekiem niezmiernie sympatycznym. Wyjaśnił mi, że jest dawnym kolegą Jona. Wczoraj spotkali się na dworcu kolejowym. Jack przyjechał właśnie z podróży służbowej i wybierał się na ur­ lop. Opowiadał Jonowi o pięknym miejscu wypoczynkowym, które znał i zamierzał ponownie odwiedzić. Wówczas Jon wpadł na ten pomysł... Jack miał jechać wynajętym samochodem do Szwajcarii, skąd odlatywały specjalne czarterowe samoloty. Gdyby udało się zarezerwować dodatkowe miejsce, mogłabym - pod opieką Jacka - polecieć tam i oczekiwać Jona, który przybyłby po tygodniu, załatwiwszy sprawy, trzymające go jeszcze tutaj.

    Nie miałam najmniejszych oporów, ucieszyłam się nawet, że zamiast siedzieć w mieście wyruszę już teraz w tak wspaniałą po­ dróż. Kartka od Jona wystarczyła mi zupełnie. Choć był to tylko mały skrawek papieru, rozumiałam, że w warunkach pośpiesznej roz­ mowy na dworcu trudno o pisanie obszernych listów. Przyspieszyłam o parę dni mój tegoroczny urlop. Zabrałam tylko parę drobiazgów, bo Jon przekazał mi za pośrednictwem Jacka sporą kwotę na poczynienie zakupów w czasie podróży przez Europę. To była naprawdę piękna podróż. Jack był znakomitym przewodnikiem, za­ chowywał się nadzwyczaj poprawnie i zaprzyjaźniliśmy się od razu... Na wyspie Jack czuł się jak u siebie. Wynajął dla mnie pokój w pensjonacie i taktownie nie narzucał swojego towarzystwa. Mieszkał w innym hotelu, ale zostawił mi numer telefonu na wypadek gdybym miała jakieś kłopoty. Spotkaliśmy się potem kilka razy przypadkowo na plaży. Pogoda była piękna. Zażywałam słońca i wypoczynku, oczekując przybycia Jona.

    Któregoś dnia Jack przyszedł do mojego pensjonatu.

    - Dostałem depeszę... - zaczął niepewnie - ale nie bój się, wszystko już jest w porządku - dodał, widząc moją przerażoną minę

    Oto, co mi zakomunikował:

   Jon miał drobny wypadek. Pociąg, którym jechał, wykoleił się na zwrotnicy. Ofiar w ludziach nie było, a Jon wyszedł z tego nawet bez widocznych obrażeń zewnętrznych, jednak stwierdzono u niego lekkie stłuczenie głowy. Po dwudniowej obserwacji, wypusz­ czono go ze szpitala i zalecono wypoczynek. Depeszował ordynator oddziału ze szpitala. Adres Jacka otrzymał od Jona, który poin­ formował lekarza dokąd się wybiera.

    - Jon będzie tu za dwa dni - powiedział Jack. - Lekarz przekazał mi pewne... zlecenia...

    Otóż Jon po swym wypadku zdradza objawy... selektywnych zaników pamięci. Dlatego też nie należy zwracać uwagi, na pewne niekonsekwencje w jego wypowiedziach dotyczących przeszłości. Trzeba zająć się nim bardzo troskliwie i nie dopuszczać do żad­ nych gwałtownych wzruszeń. Najlepiej unikać jakichkolwiek rozmów na temat wydarzeń bezpośrednio poprzedzających wypadek Jona.

    Przejęłam się tym bardzo. Umówiliśmy się z Jackiem, że nie będzie on kontaktował się z Jonem po jego przyjeździe. Jack oba­ wiał się, że jego osoba zbyt silnie może kojarzyć się Jonowi z jego podróżą i wypadkiem. Miałam opiekować się troskliwie Jonem, obserwować stan jego zdrowia i usposobienie, a w razie niepokojących objawów zawiadamiać o nich Jacka.

    W pierwszych dniach pobytu Jona na wyspie starałam się okazywać mu jak najwięcej troski i czułości. Wydawało mi się, że jest taki sam, jak zawsze. Cieszył się razem ze mną tym, że jesteśmy wreszcie razem. Nie rozmawialiśmy ani razu na żaden niebezpieczny temat. Zupełnie nie wiem, dlaczego nagle zaczęło się coś psuć. Czyżby stan Jona pogorszył się? Byłam zaniepoko­ jona. Kiedy Jon dość opryskliwie wyprosił mnie z pokoju pobiegłam do Jacka, by mu powiedzieć o moich obawach. Uspokajał mnie, lecz wydawało mi się, że sam jest zaniepokojony. Potem zaczęły się sprzeczki i kłótnie, aż któregoś dnia wybuchła awantura. Jon wyszedł trzaskając drzwiami, a ja pobiegłam szukać Jacka. Nie było go w hotelu. Znalazłam go na plaży. Podbiegłam do niego i wypłakałam się w gors jego kolorowej koszuli. Pocieszał mnie, jak umiał. Objął mnie przyjaźnie ramieniem i roztrzęsioną odprowadził do pensjonatu. Powiedział, że porozumie się z miejscowym lekarzem i w razie potrzeby umieści Jona w klinice na sąsiedniej wyspie. Jeszcze tej nocy helikopter zabrał Jona, a ja zostałam oczekując wieści...

    Następnego dnia Jack przyszedł do mnie z ponurą miną i oświadczył, że według opinii lekarzy, w osobowości Jona zaszły jakieś poważne zmiany charakterologiczne i lepiej będzie, jeśli przez pewien czas nie będę go widywać. Powiedział także, że Jon zostanie przewieziony do domu i oddany pod opiekę wykwali­ fikowanej pielęgniarki...

    Jack zaopiekował się mną. Razem powróciliśmy tutaj. Był wciąż miły i sympatyczny. Informował mnie często o stanie zdrowia Jona. Wieści były niezbyt pomyślne. Lekarze orzekli, że musi całkowicie zmienić otoczenie. Byli zdania, że kontakt ze mną mógłby znacznie pogorszyć jego stan... Jack bywał u mnie coraz częściej... Opiekował się mną w tych trudnych dla mnie chwilach. Potem ja bywałam u niego... Nawet mieszkaliśmy razem przez dwa miesiące... Później wyjechał, i później nigdy już nie widziałam Jonathana. Nie potrafiłabym spojrzeć mu w oczy...

    Dr Davis McLee jr, prokurator

    Współczesny człowiek dawno już postradał zdolność rozróżnia­ nia prawdy i fantazji. W równej mierze przyczyniły się do tego rozwój nauki i techniki oraz literatura fantastyczno-naukowa.

    Oskarżeni wykorzystywali ludzką naiwność i wiarę we wszech­ moc nauki, w ingerencję przybyszów z kosmosu, w możliwość mody­ fikowania upływu czasu i ludzkich losów. Czynili to z niezwykłą precyzją, aranżując sytuacje i zdarzenia reżyserując nie tylko czyny, lecz nawet myśli i pragnienia swoich klientów.

    Nigdy nie twierdzili, że są przybyszami z innej planety. A jednak większość ich klientów była o tym przekonana. Nigdy nie uciekali się do użycia siły czy przymusu. A jednak ich klienci postępowali dokładnie według ich woli. Zaspokajali marzenia i życzenia ludzkie, a nawet stwarzali te marzenia w ludzkich umysłach, by je następnie spełniać.

    Podejmowali się wyłącznie tych spraw, których załatwienie mieściło się w ramach ich możliwości. Wykorzystywali wszystkie realne zdobycze techniki i cywilizacji. Nie żałowali pieniędzy - oczywiście pieniędzy klientów... Oskarżeni działali niezwykle pomysłowo i ostrożnie, nie uciekając się do pospolitych przestępczych chwytów. Przykładem tego może być podstępne uzyskanie i wykorzystanie oryginalnej dedykacji wyciętej z książki Jonathana Beerlessa. Nie można odmówić im głębokiej wiedzy i sprytu, a także pracowitości w ich przedsięwzięciach. Prawie każda sprawa, którą prowadzili, była arcydziełem "ko­ ronkowej roboty", przemyślanym we wszystkich szczegółach od początku do końca...

    Stoimy, Wysoki Sądzie, wobec jaskrawego przykładu przestępstwa zupełnie nowego typu - przestępstwa tym groźniejszego, że winowajcy dysponują wszelkimi dostępnymi środ­ kami technicznymi i głęboką wiedzą o naturze ludzkiej... (Wyjątki z aktu oskarżenia w sprawie karnej przeciwko spółce znanej pod firmą "Bracia Mars" vel "Agencja Felicitas" vel "Spes Nostra" etc.).

    Wiadomość z ostatniej chwili.

    Mimo wniesienia aktu oskarżenia nie doszło do procesu głośnych oszustów, braci M. Dwaj główni oskarżeni zbiegli z aresztu na kilka dni przed sprawą. Pościg policyjny doprowadził do osaczania ich w starej, opuszczonej posiadłości o kilka­ dziesiąt kilometrów od miasta. W chwili zamknięcia pierścienia objawy, ponad dach starego pałacyku uniósł się obiekt przypomi­ nający typowy kształt UFO, który następnie poszybował w kierunku południowym utrzymując niezbyt dużą wysokość. Pojazdy policyjne ruszyły w pościg za latającym spodkiem, alarmując równocześnie jednostkę śmigłowców policyjnych, dowództwo wojsk lotniczych oraz ośrodek lotów kosmicznych. Pozostawiony na miejscu patrol poli­ cyjny przeszukał strych budynku znajdując jedynie ubrania aresz­ tantów. Po spisaniu protokołu policjanci odjechali, dołączając do pościgu.

    Oddział helikopterów osaczył rzekomy UFO na wysokości kilkuset metrów nad ziemią. Obiekt nie reagował na wezwania, lecz policja nie zdecydowała się na zaatakowanie go nad gęsto zalud­ nioną okolicą ku której zmierzał. Dopiero po godzinie otwarto ogień do obiektu i wówczas okazało się, że jest to odpowiednio spreparowany balon z urządzeniem żyroskopowym i małym silniczkiem pneumatyczno-odrzutowym; oczywiście bez żadnej załogi. Zarządzone natychmiast ponowne otoczenie i przeszukanie pałacyku nie dało rezultatu. Do chwili obecnej policja nie wpadła na trop zbiegów.

    powrót