Janusz A. Zajdel        Feniks


    Szosa była podniszczona i z rzadka tylko spotykało się na niej pojazdy, zdążające w przeciwnym kierunku. Na przestrzeni ostatnich kilku mil wiodła pośród wysokiego, gęstego lasu bez śladów jakiejkolwiek gospodarki. Miejscami samochód przysiadał mocno na wyrwach w asfalcie. Breit lubił takie drogi, zacienione lasem i prawie puste. Tego właśnie szukał, wyrywając się z rozżarzonego o tej porze roku miasta Merton. Pozostawiając daleko za sobą duszne zaułki, sale wykładowe i laboratoria miał wrażenie, że zmienia skórę. że spłukuje z siebie całoroczny nalot zmęczenia. Wiedział, że te pierwsze godziny "ucieczki" są najprzyjemniejsze z całego urlopu. Potem, w bezczynności, powrócą znowu te wszystkie problemy, o których pragnął teraz nie myśleć.

    Machinalnie omijając co większe dziury w szosie, wpadał bezwiednie w łańcuch myśli, który - wiedział o tym podświadomie - doprowadzi go wcześniej czy później do rozważań, przerwanych przed kilkoma godzinami tak zdecydowanie wyjazdem na urlop.

    Nie zastanawiał się, dokąd prowadzi droga. Było mu obojętne, gdzie spędzi te kilka tygodni. Droga jest zła. Nie wiadomo dokąd prowadzi... Ale na pewno gdzieś nią można zajechać, inaczej nie byłoby drogi. Każde działanie poznawcze jest taką drogą w nieznane - nie wiadomo ku czemu zmierza... Czasem mogą to być bezdroża i wertepy. Czy w nauce jest tak samo - to znaczy: czy trudna, najeżona przeciwnościami droga zawsze prowadzi do jakiegoś Kaczego Dołu, do fałszywych, bezsensownych wniosków. Jadąc na wycieczkę można sobie pozwolić na podróż w nieznane. Ale jeżeli chodzi o rozszerzenie ludzkiej wiedzy, to czy można pozwolić sobie na trwonienie cennego czasu na bezcelowe, ślepe poszukiwania? Wszelkie rozważania nad sensem poznawania świata są oczywiście najbardziej chyba sporną sprawą w filozofii nauki. Ale skoro już raz wybrało się drogę badacza, zbaczanie z tej drogi, wszelkie wahania są niekonsekwencją. Jak więc w tym świetle przedstawia się sprawa nieszczęsnych graktytów, które pożarły mnóstwo cennego czasu co najmniej kilkunastu poważnym i rozsądnym ludziom, aby wreszcie pozostać zagadką do dziś nie rozwiązaną.

    Każdy, kto miał z graktytami do czynienia, z pewnością wyrobił sobie na ich temat takie czy inne zdanie. Ale tylko autorzy opowiadań fantastycznych mogą sobie pozwolić na stawianie "hipotez" bez przyzwoitego uzasadnienia. Breit miał także swoją prywatną hipotezę, ale to było bez znaczenia. Graktyty - te "kosmiczne orzechy", jak je nazywała prasa, "kamienie, które spadły z nieba" - pozostały tylko tym, czym były od początku: piekielnie twardymi kamykami wielkości orzecha laskowego, barwy brudnofioletowej.

    Pierwszy graktyt znalazł turysta podczas wycieczki górskiej. W czasie jego nieobecności w namiocie jakiś "pocisk" przebił płótno i gumowaną podłogę, wbijając się w ziemię na głębokość kilkunastu cali. Graktyt spadł prawie pionowo z góry i to właśnie zaciekawiło wycieczkowicza. Wykopał oczywiście "kamyk" i opowiadał o tym koledze - dziennikarzowi. Po ukazaniu się notatki w prasie zaczęła do redakcji płynąć nieprzerwanie istna lawina żwiru i kamieni, mniej lub bardziej odpowiadających opisowi i fotografii zagadkowego znaleziska.

    Spośród stosu kamyków bez trudu udało się wybrać kilkanaście, których identyczność z pierwszym była zdumiewająca. Każdy szlif, każda krawędź powtarzały się niezmiennie we wszystkich okazach. To było nie do wiary, jeśli się weźmie pod uwagę, że nadsyłano je z najbardziej odległych od siebie części kraju. Przeważnie odnajdywano je na twardym podłożu, na betonowych płytach lotnisk, na skałach, na szosach o twardej nawierzchni. Zewnętrzna powłoka graktytu była tak twarda, że nie dało jej się rozciąć ani nawet odłupać choćby drobnego odłamka. Kosmiczne ich pochodzenie było hipotezą prasy i dlatego przekazano je astrofizykom. Ci z kolei zasięgali opinii różnych specjalistów. Poddano więc graktyty wszechstronnym badaniom, które niczego nie wyjaśniły. Próbowano nawet zmiażdżyć jeden z nich między okładzinami z najtrwalsze stali od prasą dającą jakieś fantastyczne ciśnienia. Okładziny popękały, a graktyt wyszedł bez szkody z tej operacji...

    Wreszcie cały materiał naukowy wraz z kilkunastoma "orzeszkami" oddano do "zgryzienia" największemu elektromózgowi w Instytucie Problemów Ogólnych. Tu zetknął się z nimi Breit, który kierował grupą cybernetyczną. Tydzień trwało programowanie, a po kilku dniach pracy maszyna zażądała dalszych danych, których Breit nie był w stanie jej dostarczyć. Jednym słowem, znaleziono się na powrót w punkcie wyjściowym. To było zresztą do przewidzenia, bo żadna maszyna nie jest w stanie stawiać sobie samodzielnych hipotez, szczególnie przy tak skąpej "wiedzy" o przedmiocie.

    Breit przebiegał raz jeszcze myślami całą, stosunkowo niedługą historię graktytów. Pierwszy znaleziono niespełna półtora miesiąca temu. Od tej chwili wiele ludzi przeklinało je za stracony czas, za "zawracanie głowy" itp., niemniej zagadka kusiła swoją tajemniczością i przeczuciem rewelacyjnego rozwiązania.

    "Tylko czy to rozwiązanie istnieje w zasięgu możliwości nauki - zastanawiał się Breit, omijając kolejną dziurę w asfalcie. - Jeśli się przyjmie za pewnik kosmiczne pochodzenie graktytów, to nieograniczona wprost różnorodność możliwości sprawia, iż nie wiadomo nawet w którą stronę skierować poszukiwania..."

    Asfalt urwał się niespodziewanie, przechodząc od razu w niebrukowaną przecinkę leśną, rozjeżdżoną kołami ciężarówek. Tu dopiero Breit przyłapał się na "niedozwolonych" rozważaniach i postanowił lepiej pilnować swoich myśli, gdyż urlop z graktytami w głowie mijałby się z celem. Włączył radio i skupił całą uwagę na prowadzeniu wozu.

    Po prawej stronie drogi ukazała się duża, żółta tablica informująca, że wstęp do lasu jest zabroniony. Przez zarośla, miejscami przerzedzone, widać było ogrodzenie z podwójnej siatki. Po przejechaniu jeszcze kilkuset jardów Breit zauważył na szosie sylwetkę wartownika z pistoletem maszynowym przewieszonym przez ramię.

    Żołnierz stał na rozstawionych szeroko nogach i jakby od niechcenia kiwał trzymaną w prawej dłoni biało-czerwoną tarczą do zatrzymywania samochodów.

    - Nie ma przejazdu - powiedział głosem znużonym, gdy Breit zahamował o kilka jardów przed nim. Pot spływał mu po szyi spod wysokiego hełmu. W tej chwili i Breit poczuł, że otacza go galareta ciężkiego, nieruchomego powietrza. W taki upał stanowczo o wiele przyjemniej jest czuć na twarzy pęd powietrza podczas jazdy. Dlatego Breit zniecierpliwił się nieco, że utrudniają mu podróż.

    - Nie było żadnych znaków zakazu wjazdu! - burknął tonem pretensji.

    - Od wczoraj wyjątkowo... Trzeba wrócić o dwie mile i skręcić na prawo, drogą na Monteroe.

    "Dobrze, że tylko dwie!" - pomyślał Breit przekładając dźwignię na wsteczny bieg, aby zawrócić na wąskiej w tym miejscu drodze.

    - A cóż to się stało? - spytał. - Manewry jakieś?

    - Eee, nie... Tylko... - zaczął żołnierz, ale zreflektował się po chwili i służbowym już tonem dodał: - Tajemnica wojskowa...

    Aby zamaskować jakoś swoje przekroczenie przepisów, bo przecież wdał się w konwersację z osobą postronną, albo też po prostu z ciekawości, powiedział:

    - Pan pozwoli dokumenty!

    Oglądał je dość długo, odczytując półgłosem:

    - Docent William Breit, Instytut Problemów Ogólnych, Merton.

    Spojrzał na Breita, potem jeszcze raz na legitymację i powiedział:

    - Taaak. Niech pan zaczeka chwilę.

   Zszedł z drogi w kierunku zarośli, skąd wydobył przenośną krótkofalówkę. Przez chwilę rozmawiał z kimś półgłosem, potem odszedł do samochodu i powiedział:

    - Major prosi, żeby pan był łaskaw skomunikować się z nim. Oni dziś rano telefonowali do was, to znaczy do Instytutu. Nic pan o tym nie wie?

    - Od dziś jestem na urlopie. Ale co to za tajemnice?

    - Tak dokładnie to ja nie wiem. Coś się stało przy czwartym kontenerze. Major panu dokładnie powie.

    Mówiąc podrzucał na dłoni jakiś mały, zaokrąglony przedmiot. Breit patrzył mu na rękę jak zahipnotyzowany.

    - Skąd pan to ma?

    - Ten kamyk? A... znalazłem chyba gdzieś...

    - Proszę mi to dać!

    - Ależ oczywiście, jeśli się panu na coś przyda.

    To był graktyt. Jeszcze jeden do kolekcji. "Prześladuje mnie to draństwo. Nawet tu..." - pomyślał Breit, chowając "kamyk" do kieszeni.

    Był zaciekawiony. Cóż to za historia? Czego chce wojsko od Instytutu?

    - Co tu się właściwie mieści? - spytał, wskazując las i ogrodzenie.

    - To pan nie wie? Centralny Magazyn Izotopów Promieniotwórczych... Niech pan pojedzie jeszcze pół mili naprzód, tam będzie brama wjazdowa i wartownia. Oni już wiedzą, że mają pana wpuścić.

    Major był ujmująco grzeczny, choć wyraźnie przejęty sytuacją, którą ocenił jako niebezpieczną, bo nie wyjaśnioną.

    - Mamy tu - mówił - wielkie ilości materiału promieniotwórczego. Wszystko to załadowane jest w betonowych, izolowanych ołowiem pojemnikach, zbudowanych w kształcie studzien. Teren jest rozległy. Sama trzecia strefa, w której panuje promieniowanie powyżej dopuszczalnego natężenia, rozciąga się na powierzchni czterech mil kwadratowych. Wszelkie operacje sterowane są tam oczywiście zdalnie, ze stanowiska położonego w pierwszej strefie, czyli tu. W drugiej wolno przebywać tylko w ochronnej odzieży, i to przez ograniczony czas. I niech pan sobie wyobrazi, że tam w jednym z pojemników coś się rusza! W pierwszej chwili myśleliśmy, że może niedźwiedź albo inny zwierz leśny wpadł do betonowej studni. Właśnie do tej, w którą załadowaliśmy przed kilkoma dniami pokaźną ilość strontu dziewięćdziesiąt... Ale takie przypuszczenie nie ma sensu - pojemnik był przedtem co prawda otwarty, ale przed napełnieniem sprawdza się przecież wszystko dokładnie za pomocą kamer telewizyjnych, cały załadunek też jest kontrolowany na monitorze, nic nie mogłoby ujść naszej uwagi... No, chyba że byłaby to leśna mysz, ale nie zwierzę, które potrafi unieść dwie tony betonu... Bo właśnie wczoraj jeden z obserwatorów zauważył przypadkiem - przez telewizję ma się rozumieć - że pokrywa czwartego pojemnika uniosła się kilkakrotnie na wysokość kilku cali i opadła na powrót, jakby ktoś, czy raczej coś, nie mogło jej wyżej podźwignąć, usiłując się stamtąd wydostać.

    - Może to naprawdę jakieś większe zwierzę? - powiedział Breit bez przekonania.

    - Ależ, panie profesorze! Mowy nie ma, aby jakakolwiek żywa istota wytrzymała kilka dni w takim promieniowaniu! A pojemnik został zamknięty prawie tydzień temu!

    - Cóż my wiemy o promieniowaniu? - zauważył zdawkowo Breit. Upał zupełnie pozbawił go chęci do zastanowienia się nad najciekawszą nawet zagadką. - A może temu żołnierzowi coś się przywidziało? Teraz takie upały. Mogło mu się wydawać.

    - Zgoda. Jemu tak. Ale kamera filmowa nie ulega złudzeniom optycznym. Ruchy pokrywy powtórzyły się jeszcze dwukrotnie: wczoraj i dziś. Kamera pracowała przez cały czas i zarejestrowała dokładnie wszystko. To wyglądało jak podskakiwanie pokrywki na garnku z gotującą się zupą.

    - Więc może jakiś gaz się tam wywiązuje?

    - To niczego nie tłumaczy, pojemniki nie są hermetyczne. A zresztą czy pan sobie wyobraża, jakie ciśnienie musiałoby tam panować, żeby unieść taki ciężar? Nie, to na pewno nie jest taka prosta sprawa. Dzwoniłem do Sztabu i do waszego Instytutu. Obiecali przysłać komisję, ale wydaje mi się, że lekceważą sobie tę sprawę i nie spieszy im się. W ten sposób wszystko pozostaje na mojej głowie.

    - Dlaczego nie kazał pan po prostu unieść pokrywy dźwigiem. Macie, zdaje się, możność operowania kamerami w ten sposób, by zajrzeć do wnętrza?

    - Nie chciałem niczego ruszać do przybycia komisji. Po co ryzykować jakieś fałszywe posunięcie?

    - Widzę - zauważył Breit z uśmiechem - że ma pan jakieś przypuszczenia, hipotezy. No, niech pan się przyzna? Co się panu narzuca?

    Major spuścił wzrok i powiedział szybko:

    - Nie, nic nie wiem, niczego nie przypuszczam...

    Siedzieli przez chwilę w milczeniu.

    - Bo gdyby założyć, że to "coś" siedziało tam przedtem - powiedział major, jakby kontynuując rozmyślanie - to należałoby przyjąć, że rozrosło się z maleńkiego do niebywałych rozmiarów. Mysz - nie mysz... Degeneracja organizmu pod wpływem promieniowania jądrowego... Nie, to nonsens, radiacja nie może mieć takiego wpływu na żaden białkowy, ziemski organizm.

    Breit nalał sobie szklankę wody z karafki i sięgnął do kieszeni po proszek od bólu głowy. Dłoń. natrafiła na mały okrągły przedmiot. Breit drgnął i pośpiesznie wydobył graktyt z kieszeni. Trzymając go w palcach, wpatrywał się weń z miną, która musiała się majorowi wydać podejrzana, bo patrzył chwilę zdumiony na docenta, a potem zapytał:

    - A cóż to?

    Breit myślał tak intensywnie i bezładnie, że nie dosłyszał pytania. - "Czyżby... Czyżby to było możliwe? Przypuszczenie cokolwiek fantastyczne, ale dlaczego nie miałbym tego sprawdzić?"

    - Czy pojemnik ma betonowe dno? - zapytał.

    - Nie. Z betonu są tylko ściany, na głębokość dwudziestu czterech stóp. Do połowy wypełnia się pojemnik miałkim piaskiem dla odprowadzenia wilgoci. Tu jest zresztą dość suchy teren.

    - W jakiej postaci był ten stront?

    - Prawie czysty węglan. Pakowany w małe puszki, pan rozumie, trzeba przewozić po trochu, ze względu na aktywność... Ale nie rozumiem, jaki to ma związek z...

    - Zaraz, zaraz, ja też jeszcze prawie nic nie rozumiem - głos Breita drżał z przejęcia - ale, jeśli pan pozwoli, zaraz panu przedstawię moje przypuszczenie. Pytał pan, zdaje się, co to jest. To jest graktyt, musiał pan słyszeć tę nazwę, kilka tygodni temu głośno było o tym w prasie. Są podejrzenia, że "to" spadło z nieba czyli, innymi słowy, pochodzi spoza Ziemi... Najgorsza bieda, że nie wiadomo, co to właściwie jest. Spadło tego, sądząc po ilości znalezisk, sporo. Należy bowiem przypuszczać, że znaczna część wbiła się w miękki grunt lub spoczywa w miejscach, gdzie ludzie rzadko się pojawiają... Zaryzykuję nawet twierdzenie, że niektóre obszary naszego globu naszpikowane są dość gęsto graktytami. Niewykluczone, że jeden z nich...

    - Pan sądzi - przerwał major - że jeden wpadł nam pojemnika? To zupełnie możliwe, ale... Stąd wynika, że są jakieś zarodniki, nasiona jakby... które na Ziemi rozwijają w istoty?

    - Otóż to właśnie!

    - A więc rodzaj utajonej inwazji? Niebezpieczeństwo dla ludzkości?

    - Na takie wnioski jeszcze cokolwiek za wcześnie. Ale niech pan pomyśli: graktyt-zarodnik rozwija się. Skąd czerpie materię? Oczywiście z gleby, na którą padnie. To jest logiczne przy­ puszczenie, jeśli przyjmiemy, że "zasianie" graktytami Ziemi nastąpiło zgodnie z góry ustalonym planem. Dlaczego jednak ten graktyt, który mamy przed sobą, jak i wiele innych, o których wiem, od dłuższego czasu leżą w szufladzie mojego biurka nie zmienione, nie rozwijają się w kosmicznego potwora czy też, jeśli pan woli istotę inteligentną? To nie jest inwazja, majorze! To jest, wydaje mi się, genialna i dalekowzroczna polityka jakiejś mądrej, kosmicznej rasy istot... Do rozwoju zarodnika potrzebne jest p r o m i e n i o w a n i e! Może nawet właśnie promieniowanie strontu, ale to nieistotne... Czy rozumie pan już, co mam na myśli?

    - No, chyba tak! A poza tym łatwo się przekonać, czy pańskie przypuszczenia są słuszne. Można otworzyć pokrywę... Albo włożyć ten oto graktyt do innego pojemnika. Mam jeszcze jeden ze strontem.

    - Powoli, majorze! Nie wiemy jeszcze, co zrobić z tym "stworem". Nie wiemy nawet, czy istnieje on poza naszą wyobraźnią.

    - Ależ tam na pewno ktoś jest! To musi być organizm oparty na tkance krzemowej, skoro powstaje z gleby.

    - Może, ale niekoniecznie! Może po prostu posiada zdolność przemiany pierwiastków chemicznych? I wie pan, co myślę? Że nie ma pan już tego strontu. Ściśle mówiąc o n go panu pożarł... Dlatego nie wolno go stamtąd wypuścić, bo nie wiadomo, czy potrafimy sobie z nim poradzić na wolności.

    W tej chwili do pokoju, w którym rozmawiali, wpadł bez pukania wartownik.

    - Panie majorze! T o wyłazi z pojemnika!

    Podbiegli do ekranu telewizyjnego.

    Betonowy krąg unosił się powoli. Brunatna masa sprawiająca wrażenie czegoś śliskiego, wypełniła powstałą szparę, uformowała się w giętką, długą mackę na kształt pijawki... Pokrywa unosiła się coraz wyżej; coraz więcej oślizłego ciała wydostawało się na zewnątrz. Stali jak zahipnotyzowani, wpatrzeni w ekran. Pierwszy odzyskał głos major.

    - Bateria rakiet na stanowiska. Trzymać go na celu. Reszta - do schronu!

    Żołnierze rozbiegli się na stanowiska. Breit został sam z majorem.

    - Pan chce użyć głowicy atomowej? - zapytał.

    - Oczywiście! Nie wiadomo, jaką to bydle ma odporność...

    - Czy pan doprawdy nie rozumie jeszcze niczego?

    - Myśli pan, że nie można tak traktować rozumnej istoty? Nie mamy pewności, czy to rzeczywiście istota rozumna...

    - Nie o to mi chodzi! I skąd panu przyszło do głowy... Przecież to wy szykujecie głowice atomowe głównie przeciw istotom rozumnym, o wiele nam bliższym niż ta. Oczywiście, że trzeba ją zniszczyć, i to natychmiast, bo pojawiła się nie w porę, jej współżycie na jednym globie z ludźmi jest niemożliwe. Ale zniszczyć ją trzeba innym sposobem.

    Breit mówił szybko, jakby chciał wyrzucić z siebie wszystkie słowa naraz.

    - One, te istoty, miały się rozwinąć o wiele później, rozumie pan? Sugerowałem już to panu, ale pan nie uchwycił moich przypuszczeń... One miały zagospodarować Ziemię, gdy promieniowanie na jej powierzchni przekroczy natężenie, przy którym jeszcze istnieć może białko węglowe... Ci, którzy posiali to nowe życie na naszej planecie, musieli się orientować, ku czemu zmierza nasza cywilizacja. Może nie tylko na naszej Ziemi zasiali nowe życie, mogące wegetować w warunkach silnej radiacji... Graktyty są jakby "nastawione" na pewne określone natężenia promieniowania, przy których zaczynają się rozwijać... Pewna ich część rozwinie się nigdy, ale te, co trafią na planetę, którą wstrząśnie kataklizm atomowy, zaludnią ją takimi stworami...

    Ogromna, wielokształtna masa wypełzła prawie całkowicie spod betonowej pokrywy. Wijąc się i jak ameba zmieniając kształty, poczęła się posuwać po trawiastym gruncie. Kamera filmowa terkotała bez przerwy. Major powiększył obraz na ekranie. Wśród zwałów galaretowatego cielska nie sposób było jednak dopatrzyć się jakichkolwiek szczegółów. Stwór nie posiadał żadnych wyodrębnionych organów zewnętrznych.

    - Odwołuję pogotowie baterii rakietowej! - krzyknął do mikrofonu major. - Przygotować działo przeciwpancerne i miotacz ognia.

    Pierwszy na Ziemi przedstawiciel rasy Graktydów pełzał po łące, rozpłaszczywszy się na przestrzeni kilkuset stóp kwadratowych - na własną zgubę, gdyż ułatwiał w ten sposób celowanie.

    - Cel: obiekt pełzający! - powiedział major głosem lekko drżącym. - Pociskiem Tx-osiemdziesiąt pięć...

    Przerwał, milczał przez chwilę, wreszcie zupełnie już cicho, jakby z rezygnacją, powiedział:

    - Ognia...

    W miejscu gdzie przed chwilą pełzał Graktyda, wystrzelił w górę kłąb burej masy zmieszanej z ziemią i kamieniami.

    - Miotacze, ognia!

    Jasnożółte płomienie strzeliły wokół miejsca eksplozji, obejmując wszystko spopielającym żarem.

    - Koniec - powiedział major, ocierając pot z czoła i rozpinając kołnierzyk munduru.

    Stali obaj z oczami wbitymi w ziemię. Pierwszy odezwał się Breit.

    - Nie przewidzieli tego. Nie przewidzieli takiej koncentracji izotopów. Ale to dla nich nie ma znaczenia. Być może mieści się to w błędzie planowania. A my... nieświadomie, w obłędnym dążeniu do samounicestwienia...

    - Miał pan rację. Trudno to nazwać inwazją - powiedział major. - O n i nie zamierzają nikogo niszczyć. Czekają, aż załatwimy to między sobą...

    - Tak. Im się nie spieszy.

    Spojrzeli niemal równocześnie na dopalające się szczątki. Breit bezwiednie ściskał w dłoni mały, brudnofioletowy kamyk. Płomienie przygasły. Ziemia dymiła jeszcze.

    powrót