Janusz A. Zajdel        Jad Mantezji

   Duszność kłuła w płucach. Od wydętych ścian pneumatycznego namiotu wionęło gorącem. Ugo uniósł się na posłaniu. Zapalił światło. Trzy godziny do świtu. Leper spał, niespokojnie poruszając się co chwila. Oddychał ciężko, chrapliwie.

   Ugo podczołgał się w kierunku zaworu utleniacza i rozkręcił kurek. Chłodny podmuch tlenu owiał mu twarz, niosąc chwilową ulgę. Odetchnął głęboko, łapczywie chwytając ustami ożywczy tlen, aż biała mgiełka przesłoniła oczy, a w końcach palców zaświerzbiły drobne ukłucia. W lekkim odurzeniu, czując przyjemne rozkołysanie całego ciała, opadł na posłanie. Sen nie powracał jednak. Ściany namiotu jaśniały coraz wyraźniej. Ugo sięgnął do apteczki. Ostatnia. - pomyślał przełykając tabletkę.

   Gwałtowne, rozpaczliwe szarpanie za ramię wyrwało go z głębokiego narkotycznego snu. Obudź się, szybko! Ugo, obudź się!

   Leper pochylał się nad posłaniem Ugo. W jego spojrzeniu czaił się paniczny lęk.

   - Co? Co się stało?

   - Weź sznur! - Leper wetknął mu w dłoń zwój mocnej, grilonowej linki. - Wiąż mnie, prędko!

   - Miałeś wstrząs?

   - Wiąż, nie pytaj o nic... To aubercja, to samo, co u Thuna... Miałem wstrząs, to zapowiedź ataku... Aaa!!!

   - Leper!

   Nieludzki, upiorny wrzask Lepera wypełnił cały namiot. Ugo zaciągał sznury na szarpiących się, wierzgających nogach lekarza. Półprzymknięte oczy, szeroko otwarte usta...

   Właśnie teraz... Właśnie teraz musiało się to zdarzyć! - myślał z wściekłością Ugo. - Teraz, gdy przeklęta dżungla zamknęła się wokół nas... Jeśli Leper umrze... Nie, nie... On teraz nie może umrzeć!

   Na myśl o pozostaniu sam na sam z bagnami Ugo zadrżał ze strachu. Dwa tygodnie wędrówki, tragiczna śmierć Thuna... Wszystko to rozstroiło go wewnętrznie. Wyruszając na wyprawę z Leperem, Ugo spodziewał się czegoś zupełnie innego. Zetknięcie z brutalną przyrodą planety zniechęciło go całkowicie. Nigdy nie był zbyt wytrwały w swych poczynaniach...

   Powtórzyło się wszystko, tak samo, jak z Thunem: najpierw wstrząs, potem atak furii... Thun siedział wtedy przed namiotem, przy radiostacji. Ni stąd, ni zowąd podskoczył jak rażony prądem... Zdążył tylko powiedzieć... Tak, nawet dosłownie tak to określił: "Miałem uczucie, jakbym dotknął głową przewodu pod napięciem..." Leper zrozumiał natychmiast, co to znaczy. Pobiegł po sznur; zanim jednak zdążył z nim wrócić, Thun zerwał się gwałtownie, chwycił w obie ręce nadajnik i rozbił o pień rosnącego w pobliżu krautusa. Potem wyrwał się z rąk trzymających go współtowarzyszy, zdarł maskę tlenową i pognał na oślep przez krzewy, nad brzeg bagna. Wystarczyło oddalić się o kilka kroków od brzegu wysepki, by bagno wessało człowieka w ciągu paru sekund. Stali bezradni w pobliżu miejsca, gdzie czarna, martwa powierzchnia bagna zamknęła się nad głową Thuna. Leper powiedział wtedy, że nigdy nie udało się odszukać żadnej ofiary bagien. Opowiedział o wypadkach, które sam widział, i o tych, o których słyszał.

   Straszliwa choroba bagienna, nazwana aubercją - od imienia Auberta, dowódcy pierwszej wyprawy badającej bagna; Aubert zachorował w trzecim miesiącu pobytu na planecie. Zginął przy pierwszym ataku. Potem było jeszcze kilku z innych, kolejnych wypraw. Wszyscy, porażeni atakiem furii, jeśli nie zostali w porę związani przez współtowarzyszy, gnali na oślep poprzez bagna. Ci, których udało się w początkowej fazie ataku obezwładnić, po kilkunastu minutach przychodzili do siebie nie pamiętając niczego... Atak ponawiał się po dwunastu mniej więcej godzinach. Najpierw silny wstrząs całego organizmu, potem obłędna ucieczka... Ci, którym udało się przeżyć trzy ataki, byli zwykle tak wyczerpani fizycznie, że czwarty ścinał ich zupełnie z nóg. Piąty atak przeżył tylko jeden człowiek.

   "Medycyna zna obecnie tylko jeden środek przeciw aubercji: odpowiednio mocny sznurek" - mawiano w Stacji.

   Nie było w tym żadnej przesady. Nikt - nawet Leper, który był tu lekarzem jeszcze za czasów Auberta - nie potrafił określić ani przyczyn, ani środków zaradczych przeciwko chorobie. Jedyną prawdopodobną hipotezą było wysunięte przez niego przypuszczenie, że poza planetą, na przykład na Ziemi, choroba ta mogłaby ustąpić. Niestety, żadnego z tych, którzy uprzednio na nią zapadali, nie udało się dowieźć nawet do Stacji... Wszystkie wypadki zachorowań miały miejsce w głębi bagien, gdzie docierały tylko powolne błotołazy.

   Ugo był tu od trzech miesięcy. W terenie orientował się bardzo słabo, a miejscowe niebezpieczeństwa dopiero stopniowo odsłaniały przed nim swoje oblicze. Teraz, gdy Leper zachorował na aubercję, sytuacja Ugo stała się niezmiernie ciężka. Radiostacja była unieruchomiona, a nawet sam Leper nie bardzo chyba wiedział, jaką drogą najszybciej dotrzeć można do Stacji. Jeśli stanie mu się coś... Ugo będzie skazany na błąkanie się błotołazem wśród tysięcy identycznych niemal kęp i wysepek, wyzierających gęsto z błotnej toni.

   Skrępowany sznurem Leper szarpał się i wrzeszczał przez kilka minut. Ugo nie mógł tego znieść. Założywszy lekki kombinezon izolacyjny, butlę z tlenem przewiesił przez plecy. Włożył maskę i wyszedł z namiotu.

   Stał przez chwilę niezdecydowany w szarym świetle wstającego poranka. Tu, na bagnach, nie widać było fantastycznych zórz, które obserwował z okien Stacji na płaskowyżu. Mleczny opar, podnoszący się znad połyskującej powierzchni bagien, zasnuwał niebo gęstymi obłokami.

   Przez wypełnione powietrzem ściany namiotu dochodziły tu jeszcze tłumione wprawdzie, lecz drażniące krzyki chorego. Ugo zrobił kilka kroków w głąb wysepki. Przez cienki kombinezon czuł ciepławy powiew znad bagien. Wzrok grzązł w odległości paru metrów w zbitym gąszczu roślinności: brunatnozielone, grube i wielkie liście krautusów słały się szeroką ławą na wysokości dwóch, trzech metrów. Ponad nimi wystrzelały cienkie jak bambus, długie pnie amadelii, rozszczepiające się u wierzchołka w szare, puszyste wachlarze. Oplatające wszystko, wężowate, z mnóstwem bocznych odgałęzień wiły się nisko kolpaty. Drobne listki parastersji migotały na wietrze, ukazując na przemian ciemną i srebrzystą powierzchnię. Dołem, nad samą powierzchnią wilgotnego gruntu, pleniły się setki odmian drobnej roślinności, nie nazwane chyba jeszcze i nie opisane. Leper znał wiele z nich. Ugo pamiętał tylko nieliczne nazwy.

   Najniższe piętro roślinności - te wszystkie wijące się łodygi i wąsy - utrudniało znacznie poruszanie się w dżungli. Chwytało za stopy, oplatało się wokół łydek idącego. Ugo zagłębiał się ostrożnie w gąszcz, gotów w każdej chwili uskoczyć przed każdym nieznanym niebezpieczeństwem, które czaić się mogło za pniem lub krzewem.

   Zza pnia wielkiego krautusa błysnęło jaskrawym fioletem. Ugo, oswobadzając nogi z gąszczu łodyg, posunął się jeszcze o krok do przodu. Przed nim - nisko nad ziemią, z pokurczonego jak obnażony korzeń badyla - wyrastał ogromny, fioletowy kielich. Kształtem przypominał Kwiat konwalii, lecz w stokrotnym powiększeniu. Brzegi ogromnych płatków były szczelnie zwarte, tylko u góry, gdzie wszystkie schodziły się razem, widniał niewielki otwór. Ugo pochylił się nad kielichem, chcąc zajrzeć do wnętrza Ujął przez rękawicę mięsisty brzeg płatka, usiłując odchylić go w bok. Kwiat drgnął, płatki rozchyliły się szybko, jak na przyspieszonym filmie. Z mrocznego wnętrza kwiatu zaczął pęcznieć ku górze bury kłębek. Ugo cofnął się gwałtownie, grzęznąc w kępie zarośli. Bury kłębek wydobył się na zewnątrz i miękko zeskoczył na ziemię, ukazując dwa mackowate odnóża i dość długi, cienki ogon. Błysnęły ogromne, jasnożółte oczy. Ugo szamotał się z krzewami, nie spuszczając wzroku ze zwierzątka. Ono również patrzyło na człowieka. Spomiędzy żółtych oczu wynicowała się na zewnątrz długa na kilkanaście centymetrów wypustka, przypominająca trąbkę miniaturowego słonia. Ugo zdołał wyswobodzić jedną nogę, druga więzła wciąż w uchwycie poskręcanych łodyg. Trąbka zwierzątka skierowała się w stronę Ugo. Piłeczkowate ciało, pokryte błyszczącymi jak łuska cętkami, skurczyło się na ziemi. Ugo poczuł, że nogi wiotczeją pod nim, i upadł na miękki dywan roślinności.

   Budził się z wolna, prostując obolałe stawy. Było jasno. Słońce musiało stać wysoko. Uniósł się powoli. Rozglądając się usiłował przypomnieć sobie, co się stało. Przed nim fioletowił się nieznany kwiat. Płatki jego były rozwarte, wnętrze puste.

   Ugo spojrzał na zegarek. Z niemałym zdziwieniem stwierdził, że przeleżał tak jedenaście prawie godzin.

   Pędem wbiegł do namiotu. Leper był przytomny.

   - Gdzie byłeś? Rozwiąż mnie wreszcie! Zdążyłem się wyspać... Tylko... sznury mnie uwierają. Daj mi trochę od nich odpocząć. Niedługo może nastąpić nowy atak. Co się z tobą działo?

   - Później ci powiem - Ugo rozplątał zaciągnięte mocno węzły - na razie musimy jechać dalej. W takim tempie nie zdołamy dotrzeć do Stacji, zanim...

   - Zanim nastąpi czwarty atak - podsunął Leper. - Masz słuszność, trzeba się spieszyć. Wydaje mi się jednak, że... ja i tak nie zdążę... Chciałbym tylko doprowadzić cię w znajomy teren.

   - Jak daleko jesteśmy?

   - Nie wiem dokładnie, myślę jednak, że nie więcej, jak dwadzieścia cztery godziny jazdy do płaskowyżu - powiedział Leper. - Gdyby silnik pracował, jak należy, bylibyśmy tam za pięć godzin.

   Ugo zamilkł. Obliczał szansę. Chyba dotrą... Gdy zwinęli namiot i znaleźli się w błotołazie, Leper zapytał ponownie:

   - Gdzie byłeś, Ugo?

   Błotołaz, wprawnie prowadzony przez Lepera, omijał zręcznie kępy, wystające tu i ówdzie z bagna pokraczne łodygi jakichś roślin i zwalone pnie.

   - Widziałeś kiedy - zaczął Ugo - taki ogromny, fioletowy kwiat?

   - A ty... widziałeś? - Leper odwrócił się nagle i spojrzał na Ugo. - I co? Co się potem stało?

   - Wydaje się, że sam wiesz!

   - Tak. Domyślam się, co było dalej - Leper mówił swobodnie, chwilami nawet wesoło, jakby zupełnie nie pamiętał o grożącej mu strasznej śmierci. - Nie bój się, to zupełnie nieszkodliwe.

   To była m a n t e z j a, przemiły zwierzak! Nikomu krzywdy nie robi. Swoich wrogów oraz tych, którzy zakłócają jej spokój - usypia w sposób wielce taktowny i delikatny, po czym sama oddala się dyskretnie.

   - Czy ona, ta... mantezja, tak? Czy ona.... hipnotyzuje?

   - Bzdury! - zaśmiał się Leper. - I ty dałeś się nabrać na te jej piękne oczy. Nie, ona nie ucieka się do takich jarmarcznych sztuczek. Oczy służą jej tylko do patrzenia, ale za to w bardzo szerokim zakresie widmowym: od głębokiej podczerwieni aż po górny nadfiolet.

   - Skąd znasz tak dobrze to zwierzę?

   - Badam mantezję od paru lat. Można poznać! Dwa razy dałem się jej podejść, ale podpatrzyłem wreszcie jej tajemnicę... Przede mną kilka osób miewało z nią spotkania, na ogół bez żadnych przykrych następstw, jeśli nie liczyć tego biedaka, Tiffa, którego uśpiła z pustą prawie butlą tlenową. Udusił się we śnie; ale to nie była wina mantezji - Tiff oddalił się od obozu, nie sprawdziwszy zapasu tlenu. Zanim go znaleźli, było po nim. Ty spałeś przez nią chyba... około dziesięciu godzin, prawda? To dlatego nie wracałeś...

   - Więc jeśli to nie jest hipnoza, to jak ona... Leper, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał, wpatrywał się z roztargnieniem w powierzchnię bagna, rozcinaną dziobem błotołazu.

   Nagle podniósł wzrok i powiódł nim wzdłuż widocznej teraz linii horyzontu.

   - Mgła zrzedła, widzisz? -- powiedział. Tam, trochę na prawo, ta kępa wysokich drzew... Poznajesz? Płaskowyż osiągniemy za dwadzieścia parę godzin. Stąd już trafisz, gdybym ja...

   Ugo patrzył uradowany na znajomy punkt w terenie, odległy znacznie, lecz osiągalny. Lęk jego przemienił się w radosną nonszalancję. Teraz stary może sobie umierać, jeśli ma ochotę! - pomyślał.

   - Posłuchaj, Ugo. Lada chwila mogę mieć nowy atak. Gdybym nie dotarł do Stacji... Nie, to na nic... Muszę ci powiedzieć wszystko...

   Ugo nadstawił pilnie ucha. Zanosiło się na jakieś ciekawe zwierzenia.

   - Ugo, daj słowo, że nie powiesz nikomu oprócz doktora Melmina tego, co ci powiem za chwilę.

   - Daję słowo.

   - Wiedział o tym tylko Thun i ja. Teraz wiem tylko ja. Słuchaj uważnie. Wszystkie moje notatki, które znajdziesz w mojej torbie i w moim pokoju w Stacji, przekażesz na Ziemi Melminowi. Osobiście. Doręczysz mu także butelkę, oznaczoną literą "A", którą mam w szafce z lekami. Powiem ci, jak to jest z mantezją. Badaliśmy ją z Thunem przez długie lata. Teraz wiemy, że ona usypia żywe organizmy pewną substancją, wytwarzaną w jej organizmie...

   - Jak to? -- przerwał Ugo. - Przecież mnie nie pokąsała?

   - W tym tkwi cała tajemnica! Ona wstrzykuje swój jad na odległość. Kiedyś czytałem o ciekawym przypadku choroby zawodowej. To miało miejsce dość dawno: ludzie zatrudnieni przy konserwacji przewodów olejowych pod wysokim ciśnieniem dostawali na dłoniach ropni nie wiadomo było, z czego. Ukazało się potem, że przez mikroskopijne nieszczelności przewodów tryskały z nich cieniutkie, niewidoczne strumyczki oleju. Bezboleśnie przebijając skórę dłoni wstrzykiwały olej do mięśni... Wykorzystano potem to zjawisko przy konstrukcji "bezbolesnych strzykawek", które jednak nie znalazły zbyt szerokiego zastosowania. Teraz chyba rozumiesz, jak mantezja wstrzykuje swój jad, który nazwałem mantezyną... Tropiłem mantezje w zwykłym, grubym skafandrze próżniowym zamiast kombinezonu, jakiego używa się na planecie. To wystarczyło. Strumień mantezyny nie przebija takiego skafandra. Zebrałem trochę tej substancji, robiłem próbne analizy, wydaje mi się, że trudno będzie przy obecnym poziomie syntezy organicznej stworzyć sztucznie mantezynę. Ponieważ jednak jest to idealny środek usypiający, wprowadzający w stan niemal letargiczny na dłużej lub krócej, zależnie od dawki wydaje mi się, że może być bardzo przydatny w lecznictwie. Ma jednak swe wady: praktycznie jest niewykrywalny w organizmie, nawet jeśli zastosowano , dawkę śmiertelną. Bo oczywiście przedawkowanie grozi zatrzymaniem akcji serca... Tak mała ilość, jaka wystarczy dla zabicia człowieka, nie daje żadnych zauważalnych zmian we krwi! Rozumiesz, co to znaczy... Nie może dostać się w niepowołane ręce, to groźny środek! Powierzam go tobie, nie znając cię prawie, ale nie mam wyboru. Nie wiem, czy dobrze robię. Ale przy tym chciałem cię jeszcze prosić o jedno... Kiedyś pomyślałem sobie, że zastrzyknięcie drobnej ilości roztworu mantezyny choremu na aubercję może - poprzez uśpienie - powstrzymać ataki... Nigdy nie miałem możności tego sprawdzić. Zresztą, nie odważyłbym się robić doświadczeń na człowieku. To mogłoby pomóc albo zabić... Ale na sobie... chyba mogę wypróbować... Dlatego proszę cię, Ugo... Nie tym razem, ten atak przetrzymam, jeśli mnie w porę zwiążesz... ale za następnym... Wstrzykniesz mi centymetr tego roztworu - znajdziesz go w mojej torbie, to rozcieńczony roztwór. Albo coś z tego wyjdzie, albo... Nie mam wyboru, Ugo! A teraz mnie zwiążesz, pamiętaj, gdy ci tylko powiem...

   Stary lekarz mówił coraz niespokojniej, urywanymi zdaniami.

   - Nie myśl, że się boję śmierci... Jestem, czterdzieści lat lekarzem... A lata na tej okrutnej planecie trzeba liczyć chyba dziesięciokrotnie... Ze śmiercią znamy się osobiście, to nie o to chodzi, Ugo... Chciałbym żyć, to prawda... Ale nie o to chodzi... Pozaczynałem wiele rzeczy... Szkoda odchodzić. Kto za mnie skończy te badania?

   Ugo, z obojętną twarzą, tępo patrzył przed siebie na coraz lepiej widoczną kępę drzew na horyzoncie.

   Myślami był daleko.







    "Proszę cię, porozmawiaj z nim wreszcie!" mawiała zwykle matka, wracając ze szkoły.

   Ojciec był wyrozumiały i opanowany. Przemawiał łagodnie, rzeczowo. Niewiele to jednak pomagało. Ugo był niepoprawny. Ciągłe skargi wychowawców i kolegów stały się istnym utrapieniem, odkąd zaczął chodzić do szkoły. Uczył się miernie, raczej gorzej niż przeciętnie. Choć nikt o tym nie wiedział, bolało go to bardzo. Nie potrafił jednak zmusić się do uczciwej nauki; zamiast systematycznie przygotowywać zadania, Ugo wolał szukać sposobów oszukania nauczycieli. Taką już miał naturę - nie lubił prostych dróg. Czasem jego zabiegi, zmierzające do oszustwa przy egzaminie, zajmowały mu więcej czasu, niż gdyby po prostu nauczył się przedmiotu...

   Wśród kolegów nie był lubiany. Nie mogąc wyróżnić się w nauce, starał się chociaż w inny sposób wybić ponad przeciętność. Nie mogąc być najlepszym, starał się być pod jakimś względem najgorszym. Udało mu się to w pełni, jeśli chodzi o zachowanie w szkole. Prędko jednak zorientował się, że w ten sposób nie zajdzie daleko. Wtedy się nieco uspokoił. Przytaił się, ucichł - czekał. Przemykał się chyłkiem z klasy do klasy, wysilając cały swój dowcip, by nikt nie mógł mieć do niego pretensji. Był zawsze jednym z wielu, którymś tam z kolei. Wszędzie: na zawodach szkolnych, w konkursach, na egzaminach... Nienawidził tego. Z czasem - nie wiadomo, skąd mu to przyszło - uwierzył, że kiedyś... na pewno uda mu się coś takiego, że wszyscy rozdziawią gęby -z podziwu. Nie robił jednak nic w tym kierunku. Nie wiedział nawet, w jakiej dziedzinie, w jaki sposób się wyróżni... Koledzy podśmiewali się z niego: "Cichy geniusz", "On tylko udaje, że nie umie..." Był na nich wściekły.

   Matka mówiła zawsze: "Ugo jest po prostu głupi. Nie jest może najzdolniejszy z naszych synów, ale mógłby przecież coś osiągnąć. W ten sposób jednak nie osiągnie niczego".

   Ojciec protestował zwykle: "Nie mów tak przy nim, bo będzie miał kompleksy".

   Ugo był wciąż jednym z wielu. Raz tylko udało mu się być pierwszym: na zawodach szermierczych, gdy dwóch jego przeciwników w eliminacjach równocześnie zachorowało, a w czasie walki finałowej zawodnik, z którym walczył, spadł z planszy i złamał nogę. Formalnie rzecz biorąc, Ugo wygrał turniej szpady. Inna sprawa, że dla wszystkich widzów zwycięstwo to było wielce problematyczne: prawie wszyscy widzieli, że Ugo pchnął przeciwnika po zatrzymaniu walki przez sędziego. Trudno powiedzieć, czy zrobił to umyślnie, czy też przypadkowo. Dla tych, którzy lepiej go znali, sprawa była jasna. On sam jednak nie przywiązywał wagi do komentarzy kolegów. Wygrał i już!

   Dzięki sprytnemu oszustwu uzyskał niezły wynik testu egzaminacyjnego i rozpoczął studia. Wybrał pneumatykę precyzyjną, dziedzinę, która "miała przyszłość", lecz nim po wielokrotnych potknięciach ukończył studia, okazało się, że tylko najlepsi mogą kontynuować pracę badawczą w instytucie; Ugo pozostał w dalszym ciągu nie zauważonym przez nikogo, "szarym" członkiem społeczeństwa.

   Okazja wyjazdu nadarzyła się nagle i Ugo uchwycił się jej z nadzieją i uporem. Jeśli na Ziemi nie może, to tam... na pewno znajdzie okazję wyróżnienia się...

   Niestety, wśród kandydatów na stanowisko Głównego Mechanika Stacji Badawczej był trzeci na liście.

   Ugo postanowił. On MUSI polecieć... Swój plan przeprowadził niezwykle precyzyjnie. Na krótko przed planowanym odlotem rakiety, będąc w ośrodku treningowym, wyciągnął swych dwu konkurentów na wycieczkę w góry. Podczas wspinaczki lina asekuracyjna wyśliznęła mu się z rąk... Jeden z towarzyszy złamał rękę, obydwaj ulegli silnym potłuczeniom... W takich przypadkach z reguły nie dochodzi się, kto ponosi winę za wypadek. Ugo był zresztą najbardziej doświadczonym alpinistą z owej trójki...

   Tym sposobem Ugo znalazł się w Stacji. Tu jednak czekało go rozczarowanie. Główny Mechanik był w rzeczywistości jedynym mechanikiem w Stacji. Do obowiązków jego należało utrzymanie urządzeń w należytym stanie. Ot, i wszystko. Dlatego Ugo czuł się zawiedziony.

   I tu nie był "kimś", wręcz przeciwnie: był nowicjuszem, praktykantem nieledwie w nowych dla siebie warunkach, uzależnionym od całego szeregu osób mających większe niż on doświadczenie i rozeznanie w sprawach Stacji. Dlatego ciągnęła go dżungla, bagna, niezbadane tereny... Miał nadzieję, że może tam nadarzy się jakaś okazja dokonania wielkich rzeczy...

   Teraz, po tym co usłyszał, wiedział już, jak postąpi. Okazja odwetu za wszystkie niepowodzenia! Ugo nie znosił ludzi - szczególnie tych, którym wszystko się udawało. Teraz on będzie pierwszy. Słodka świadomość, że wszystko, absolutnie wszystko zależy od niego, wynagrodzi mu w zupełności gorycz niepowodzeń i lata oczekiwania. Nie układał żadnych szczegółowych planów - wszystko ułoży się samo i będzie takie proste, a zarazem wspaniałe... "Nikt nigdy nie litował się nade mną. Ja także nie muszę..."







    Z zamyślenia wyrwał go głos Lepera. - Wiąż mnie, szybko... Pospiesz się!

   Leper zatrzymał błotołaz. Ugo skrępował go sznurem i doprowadził pojazd do najbliższej wysepki. Zanim zdążył wyciągnąć lekarza na brzeg; nastąpił atak. Ugo czekał chwilę, wahał się. Patrzył na szamocącego się w pętach człowieka...

   On już i tak prawie nie żyje! - pomyślał, jakby się usprawiedliwiając przed samym sobą. Sięgnął do pasa po nóż. Pochylił się i dwoma cięciami wyswobodził Lepera z pęt. Ten zerwał się natychmiast na nogi. Ugo uskoczył za pień krautusa, lecz Leper nie zwracał na niego uwagi. W ataku furii rzucił się w kierunku bagna. Wielkimi krokami zaczął oddalać się od brzegu. W odległości czterech metrów od wysepki ponad powierzchnią bagna wystawały już tylko zawory aparatu tlenowego. Potem powierzchnia wyrównała się. Czarna, połyskująca maź pokryła wszelki ślad. Ugo stał, oparty o pień plecami. Przez szybę maski błyszczały szeroko otwarte oczy. W dłoni wciąż trzymał nóż.

   Odczekawszy chwilę, zepchnął błotołaz na bagno i ruszył z maksymalną szybkością, na jaką pozwalał uszkodzony silnik, w kierunku niedalekiej już grupy wysokich drzew.

   Dowódca Stacji stał dłuższą chwilę, nie mówiąc ni słowa. Potem, nie patrząc na Ugo, powiedział cicho:

   - Biedny Leper. Przyszło to i na niego... Zawsze mówił, że nie ma czasu chorować. Tak, on był zawsze zajęty. Wydzierał tej okrutnej planecie jej zagadki... Teraz zemściła się za to. I Thun... To straszne. Dwaj najlepsi ludzie w Stacji. Dobrze, że ty wróciłeś, Ugo. Trzeba natychmiast zażądać z Ziemi uzupełnienia załogi. Mimo wszystko musimy przecież pracować dalej, choć takiego człowieka, jakim był Leper, nikt chyba nie zastąpi.

   - Dowódco - przerwał mu ostrożnie Ugo proszę zażądać także mechanika... na moje miejsce. Ja nie mogę tu dłużej zostać. Widziałem śmierć ich obydwu. To zbyt okrutne, moje nerwy nie wytrzymują tego. Jestem widocznie przewrażliwiony, nie nadaję się... - opuścił głowę, mówił cicho, jakby zawstydzony. - Możecie to nazwać, jak chcecie, ale ja się wycofuję. Boję się. Wydaje mi się dziwne, że właśnie ja ocalałem. Ta choroba wybrała ich, przyzwyczajonych do tutejszych warunków. Dlaczego miałaby mnie ominąć Leper wspominał mi, że... ta choroba... na Ziemi nie powinna się rozwijać. Ja stąd odlatuję. Za trzydzieści godzin startuje Milev, polecę z nim. Proszę mnie nie zatrzymywać. Dwa tygodnie wytrzymacie bez mechanika. Zostawiam wszystkie urządzenia w stanie pełnej sprawności.

   - Cóż... Masz prawo tego żądać, a ja nie mogę cię zatrzymywać. Jeśli Leper coś mówił na temat tej piekielnej choroby, to miał jakieś podstawy. Jedno jest pewne: z aubercją nie ma żartów. Nie należy zaprzepaścić żadnej szansy ani zaniedbać jakiegokolwiek środka ostrożności. Zwalniam cię przygotuj raport o stanie urządzeń i... możesz lecieć z Milevem.

   - Dziękuję, dowódco! - powiedział Ugo, z trudem ukrywając rozsadzającą go radość, że wszystko dotąd tak doskonale się układa.







   - Mało. Stanowczo za mało! - mruczał do siebie Ugo, oglądając pod światło zawartość płaskiej butelki. Schował ją do torby z osobistymi rzeczami i wyszedł z pokoju w kierunku hangaru. Wyprowadził błotołaz, uruchomił silnik i widząc kątem oka, że ktoś nadchodzi, zaczął pilnie majstrować przy desce rozdzielczej.

   - Wyjeżdżasz podobno ze mną? - spytał Milev nadchodząc od strony wyrzutni rakietowej.

   - Tak. Na razie sprawdzam błotołaz. Musiałem wymienić sporo części po tej nieszczęsnej wyprawie. Masz próbnik napięcia? Swój utopiłem niechcący w tych przeklętych moczarach.

   Milev sięgnął do kieszeni kombinezonu i wydobył próbnik. Ugo sprawdził napięcie w kilku punktach układu, zamknął pokrywę i wsiadł do pojazdu.

   - Muszę przejechać się po bagnistym terenie. Wrócę nad ranem. Gdyby coś się stało, wystrzelę rakiety. Start mamy w południe?

   - Tak. Nie spóźnij się.

   Ugo ruszył z największą szybkością. Na stałym lądzie pojazd rozwijał zupełnie niezłą szybkość dwustu kilometrów na godzinę, poruszając się na kołach. Dopiero na bagnach, gdzie trzeba było wysunąć pływaki, szybkość spadała znacznie. Ugo, zanim po raz pierwszy wyruszył na bagna, dziwił się trochę, że właśnie takiego pojazdu się na nich używa. O wiele prościej myślał - byłoby używać helikoptera lub innego pojazdu atmosferycznego.

   Potem zrozumiał. To była jedyna metoda poruszania się od wysepki do wysepki, od kępy do kępy - w celu ich dokładnego zbadania.

   Płaskowyż wokół Stacji porośnięty był z rzadka tylko wysokopienną roślinnością. Stosunkowo suchy teren sprawiał, że rosły tu głównie przy ziemne, o rozłożystych liściach porosty, a gdzieniegdzie wśród nich wystrzelały cienkie łodygi o drobnych liściach - Leper nazywał je "malwą". Właściwie nie wiadomo, dlaczego tak je sobie nazwał... Może chciał mieć tu coś, co choć z nazwy przypominałoby mu ojczystą planetę?

   Ugo mknął po dywanie porostów, roztrącając co chwilę kępy tych nieprawdziwych malw, które z suchym trzaskiem siekły kadłub pojazdu. Było późne popołudnie. Nad widoczną już z daleka linią bagien powietrze było względnie czyste. Gdzieniegdzie tylko snuły się strzępy białawej mgły. Wysoko, w górze, tworzyły się złotawe, warstwowe obłoczki. Gdyby Ugo znał się nieco lepiej na tutejszej pogodzie, powiedziałby, co to oznacza. Ale nie wiedział, więc przyglądał się im obojętnie.

   Nad brzegiem, w miejscu gdzie wjechał na moczary, pozostawił kontrolny nadajnik, wyznaczający azymut powrotu. Omijając pierwsze wysepki, zatrzymał błotołaz dopiero w odległości kilku kilometrów od brzegu, przy jednej z większych, obficie zarośniętych kęp. Naciągnąwszy gruby skafander próżniowy wyskoczył na brzeg wyspy. Przez ramię przewiesił torbę z kilkoma drobiazgami, a w kieszeni skafandra umieścił sporą butelkę. Obchodził zaroślat przyświecając sobie latarką. Postępował ściśle według zaleceń wyczytanych w notatkach Lepera: ostrożnie zbliżył się do pierwszego napotkanego fioletowego kwiatu. Szybkim ruchem zagłębił rękę w otworze kielicha... Pusty! Dłoń nie natrafiła na żaden opór. Ugo zaklął. Szedł dalej, rozglądając się uważnie. Mimo to o mało nie nadepnął na następny kielich. Zatrzymał się gwałtownie w momencie, gdy płatki zaczęły się już rozchylać. Otwartą rękawicą chwycił mocno miękki kłąb, porośnięty jakby krótkim futerkiem. Żółte oczy patrzyły na niego z wyrazem prawie ludzkiego przerażenia... Starał się nie patrzeć w te oczy. Szybkim ruchem wyszarpnął z kieszeni butelkę. Przytrzymując zwierzątko między kolanami, zwolnił nieco chwyt dłoni; spomiędzy jego placów trzymających przód zwierzęcia, jak słabo napompowaną piłkę, zaczęła wynicowywać się cienka "trąbka". Szybko podstawił szyjkę butelki i ścisnął mantezję kolanami. Na wewnętrznej ściance butelki pojawiło się kilkanaście kropel różowawej, mętnej cieczy. Ugo ścisnął mocniej, lecz mantezyny w butelce nie przybyło. Spojrzał krytycznie na tę drobną ilość, którą udało mu się zdobyć, i odrzucił na bok na wpół uduszoną, rozbrojoną mantezję, która nieporadnie pokusztykała w stronę krzaków, podpierając się cienkim płaskim ogonkiem.

   Przez kilka godzin Ugo myszkował po kępach, zagłębiając się coraz bardziej w krainę bagien. Udało mu się zgromadzić zaledwie kilkanaście mililitrów mantezyny, teraz dopiero zdał sobie sprawę, ile czasu Leper musiał poświęcić na zgromadzenie tej ilości, jaką pozostawił w swej butelce... Przeświadczony o nierealności swego planu podwojenia zapasu mantezyny w ciągu tych ostatnich godzin pobytu na planecie, Ugo postanowił wracać. Gdy dobijał do kolejnej wysepki, zauważył nad bagnami dziwne, przeciągłe błyski. Czyżby wyładowania atmosferyczne? - pomyślał. Słyszał, że burze bywają tutaj dość rzadko, sam nie widział dotąd żadnej.

   Grzmot nadbiegł w ślad za błyskiem - daleki i stłumiony. Ugo wyszedł na kępę, obiecując sobie, że to już ostatnia, na której zapoluje. Ściemniło się zupełnie, tylko coraz częstsze i bliższe błyskawice rozświetlały co chwila zarośla. Ugo poczuł się nieswojo. Nie chcąc wyruszać w drogę powrotną podczas wyładowań atmosferycznych - odbiór sygnału nadajnika kontrolnego był słaby i co chwilę przerywany trzaskami w obawie by nie zmylić kierunku, postanowił poczekać.

   Siedział nad brzegiem, tyłem do zarośli. W przerwach między grzmotami łowił narastający szum wichru, kołyszącego wierzchołkami amadelii. Grzmoty ogłuszały go jednak i już miał wyłączyć zewnętrzny mikrofon skafandra, gdy nagle wydało mu się, że słyszy jakiś obcy, nie wiadomo skąd pochodzący dźwięk. To był trzask łamanych zarośli. Zwierzę? - przemknęło mu przez myśl. - Nie. Przecież tutaj nie ma większych zwierząt! Odwrócił się gwałtownie, sięgając odruchowo do pasa. Broni jednak nie miał - na bagnach nie była potrzebna... Wytężył wzrok. Nagła, bardzo bliska błyskawica rozdarła na chwilę zasłonę czerni i wtedy Ugo dostrzegł ciemną, niewyraźną plamę na tle podświetlonej roślinności. Zerwał się na nogi. Następna, dłuższa błyskawica oświetliła wynurzające się zza rosnącego o kilka kroków krautusa - widmo...

   Czarny cień o zarysach ludzkiej sylwetki, lecz o kształtach nienaturalnie wyokrąglonych jak prymitywne eskimoskie posążki kamienne, sunął z wolna, potykając się, w kierunku Ugo, który osadzony na miejscu przerażeniem nie był w stanie zrobić ani kroku. Jeszcze jedna błyskawica. Głowa widma uniosła się nieco, ukazując w miejscu twarzy - owalną, połyskującą plamę. Zwisające dotąd bezwładnie ręce zjawy wyciągnęły się nagle do przodu, rozwarte niby szpony palce chwytały jakby przestrzeń dzielącą ją od Ugo.

   Ugo wrzasnął przeraźliwie i rzucił się w panicznym strachu do błotołazu, pozostawiając na kępie torbę z narzędziami. Dopiero z odległości kilkudziesięciu metrów odważył się spojrzeć za siebie. Słabnące błyskawice ukazały stojącą nieruchomo postać, po pas zanurzoną w bagnie, z dłońmi wciąż wyciągniętymi przed siebie gestem bezgranicznej, skamieniałej rozpaczy...

   Ugo przerzucił dźwignię rozruchu w krańcowe położenie i pomknął po bagnie w kierunku płaskowyżu. Dłonie na kole sterowym drżały jak galareta.

   - I tu... I tu także, wraz z ludźmi... przyszło to... Niewytłumaczone... Upiór? Wcielenie ofiar tej planety? Nie, nie... Uciec stąd co prędzej! mamrotał bezładnie pośród wycia silnika.







   Maleńką butlę sprężonego powietrza Ugo umieścił w kieszeni spodni, a połączony z nią miękkim przewodem mały, wydłużony jak ołówek przedmiocik przewlókł przez rękaw marynarki i ujął lewą dłonią. Spojrzał w lustro. Dobrze! - pomyślał. - Nic nie widać.

   Wyszedł na pustą o tej porze ulicę. Ruszył bez określonego celu w kierunku śródmieścia. Na pierwszym skrzyżowaniu spojrzał na światło. Było zielone, więc śmiało wszedł na jezdnię. W tej samej chwili rozległ się gwizdek policjanta. Stróż porządku, zaczajony za rogiem, wyszedł teraz leniwie, sięgając do tylnej kieszeni po bloczek.

   - Pan j e s z c z e się nie przyzwyczaił? powiedział ze złośliwym uśmieszkiem, zbliżając się do Ugo, który posłusznie zawrócił na chodnik. - Do wczoraj jeszcze uczyliśmy. Od dziś pobieramy mandaty.

   - Przecież było zielone?

   - No, właśnie! Zielone światło jest dla poduszkowców i elektrobusów. Przechodzić pieszo wolno dopiero wtedy, gdy po żółtym zapali się fioletowe, a niebieskie jeszcze nie zgasło, chyba że równocześnie pali się zielone, które nastąpiło po czerwonym. Gdy natomiast zielone pali się po żółtym, a fioletowe już zgasło, przechodzić nie wolno. Chyba że równocześnie pali się białe migające. Nowy kodeks drogowy wprowadził to cenne usprawnienie... Inaczej nie poradzilibyśmy sobie z tym bałaganem na jezdniach!

   - Ależ... Przecież jezdnia była zupełnie pusta! - zaprotestował Ugo.

   - Pusta? To co z tego? Zobaczyłby pan, co się dzieje koło szesnastej albo o ósmej rano!

   - Przecież nie mogę czekać tyle czasu na każdym skrzyżowaniu!

   - M u s i pan! Porządek musi być. Płaci pan mandat.

   Policjant wyrwał kartkę z bloczka. Ugo sięgnął do kieszeni niby po pieniądze, kierując równocześnie swój przyrządzik w brzuch funkcjonariusza. Teraz j a wprowadzę porządek!" pomyślał i nacisnął spust. Policjant miękko osunął się na ziemię.

   Działa! - pomyślał Ugo. Zatrzymał przejeżdżający pojazd.

   - Pan władza zasłabł. Pewnie od tego upału... Niech go pan podwiezie do szpitala - powiedział do kierowcy.

   Szedł dalej zadowolony. Przyrząd działał doskonale. Wystarczy zwiększyć jednorazową dawkę mantezyny, by bez śladów zlikwidować człowieka...

   Teraz dopiero zaczął zastanawiać się, jak użyć tej wspaniałej broni. Można na przykład... obrabować bank! Tak. To niezła myśl, ale... po co marnować tak cenną substancję na drobiazgi? Czy nie lepiej zagrać od razu o wyższą stawkę?

   Wszedł w alejkę parku, odnalazł ocienioną ławkę i usiadł. Przemyślny plan dojrzewał w jego głowie. Tak! To będzie wspaniałe! Uśmiechał się na samą myśl o swej potędze.

   To tu. Prof . R. T. Holm - odczytał Ugo na drzwiach. Nacisnął dzwonek, drzwi otworzyły się po chwili automatycznie. Wszedł do małego przedpokoju.

   - Proszę! - usłyszał przez otwarte drzwi gabinetu.

   Poprawił maskę na twarzy, ścisnął mocniej w dłoni swą niezawodną broń. Pewnym krokiem przestąpił próg.

   Profesor siedział za stołem, przed nim leżał plik papierów. Pracował.

   - Proszę się nie ruszać! - powiedział Ugo cicho lecz stanowczo.

   - O co chodzi? - profesor podniósł głowę i spokojnym, zupełnie nie przestraszonym spojrzeniem ogarnął zamaskowaną postać.

   - Jestem uzbrojony, ale nic panu nie grozi pod warunkiem, że zachowa pan spokój. Przyszedłem do pana w pewnej bardzo dyskretnej sprawie. Nie chciałbym, aby ktokolwiek wmieszał się do naszej rozmowy. Czy może mi pan to zagwarantować?

   - Jestem sam w domu - powiedział Holm. Twarz miał poważną, prawie nieruchomą. Patrzył na lewą dłoń Ugo, trzymającą wydłużoną, lśniącą rurkę. - Czym mnie pan raczy straszyć? Co to za broń?

   - Na razie nie będę tego tłumaczył. Niech panu wystarczy, że jest to broń niezawodna i zupełnie dotąd nieznana. Przy tym nie pozostawia żadnych śladów. Dlatego radzę zachowywać się... z umiarem!

   - Ależ oczywiście! - Holm jakby się lekko uśmiechnął. - Słucham pana!

   - Przystąpmy do rzeczy. Chcę zaproponować spółkę. Ale przedtem proszę mi pokrótce opowiedzieć o stanie pańskich prac. Pan wie, o co mi chodzi?

   - Proszę pytać! Prowadzę wiele prac, nie wiem, które z nich interesują szanownego gościa. Holm mówił z narastającą nutą ironii w głosie. Trochę to drażniło Ugo, ale starał się zachować spokój. Ten człowiek był mu potrzebny - przynajmniej do czasu.

   - Czytałem ostatnio, że skonstruował pan nowy typ protezy sterowanej bioprądami. Na czym polega pańskie osiągnięcie? Czy nie stosowano dotychczas takich protez?

   - Owszem. Ale moje opierają się na zupełnie innej zasadzie. Działają bez żadnych ciężkich i kłopotliwych urządzeń pomocniczych. Proteza taka po prostu zastępuje brakującą kończynę; przymocowuje się ją pacjentowi; łączy odpowiednio z systemem nerwowym, a hydrauliczny mechanizm wykonawczy reaguje na bioprądy. Tyle mogę panu powiedzieć. Reszta stanowi na razie tajemnicę.

   - Proszę nie żartować! - zawołał Ugo groźnie. - Potrzebna mi jest cała dokumentacja do pańskich wynalazków.

   - Co mi chce pan zaproponować?

   - Udział w realizacji moich planów. Chcę stworzyć pewien szczególny rodzaj p r o t e z y dla współczesnej cywilizacji. Nazwijmy to "czynnikiem interwencyjnym"...

   - Na czym to ma polegać? I co ja mogę mieć z tym wspólnego?

   - Powiedziałem już, profesorze: jestem w posiadaniu broni, która działa dyskretnie i niezawodnie. Czy nie zdaje pan sobie sprawy, jak wiele można zdziałać przy pomocy takiego środka?! Można dyktować swój punkt widzenia. Przy braku podporządkowania się mojej woli mogę... rozumie pan?

   - Coś w rodzaju tajemniczej mafii? - podchwycił Holm z zainteresowaniem.

   - Mniejsza o to, jak to nazwiemy...

   - Czy chce pan w ten sposób podporządkować sobie... cały świat?

   - To byłoby zbyt kłopotliwe. Ograniczę się raczej do korygowania pewnych błędów cywilizacji ziemskiej.

   - Tak bardzo jest pan pewien swej nieomylności?

   - Mam własny model stosunków społecznych i chcę go realizować. Z historii wiemy, że dawniej dokonywano takich rzeczy metodą wojen lub przewrotów... Obecnie dysponujemy o wiele lepszymi środkami. Ponieważ jednak działanie osobiście byłoby dla mnie bardzo niebezpieczne, zwracam się do pana.

   - I chce pan posłużyć się... mną?

   - W pewnym sensie. Chcę, aby pan wykonał dla mnie człowieka-makietę, kierowany zdalnie m o d e 1 człowieka. Taki, abym za jego pośrednictwem mógł wykonywać wszelkie czynności jak własnymi rękami... Zewnętrznie musi on do złudzenia przypominać żywego człowieka. Krótko mówiąc, chcę, aby pan opracował mechanizm wykonawczy, sterowany bezprzewodowo przy pomocy bioprądów. Rozumie pan? Ja siedzę spokojnie w domu, a on się za mnie naraża. Ja widzę i słyszę to, co on, a on wykonuje to, o czym pomyślę.

   - Tak, rozumiem. Muszę jednak rozczarować pana: w obecnym stanie moich prac nie potrafię raczej sprostać pańskim wymaganiom.

   - To już mnie nie obchodzi. Daję panu czas na opracowanie dokumentacji. Pieniądze też się znajdą, jeśli będą potrzebne.

   Holm milczał wpatrzony w blat biurka.

   - Nie rozumiem wciąż, po co to panu? Czy koniecznie m u s i pan wtrącać się w bieg historii?

   - Nie muszę. Po prostu chcę i mogę! Mając w ręku to - Ugo wymachiwał przed nosem profesora swoim przyrządem - nareszcie mogę robić, co mi się podoba! Wszyscy wielcy politycy i wodzowie robili to samo, tylko że z większym rozgłosem i innymi środkami. Mnie wystarczy anonimowa satysfakcja...

   - Jak dotąd, widzę tylko jedno niewątpliwie pożyteczne zastosowanie pańskiej broni: gdyby tak ciężko przestraszyć paru najzatwardzialszych biurokratów, może nareszcie udałoby się uzdrowić naszą "kochaną" administrację... Choć i to nie jest takie pewne - od starożytności nikomu się to nie udało. Już za czasów Imperium Rzymskiego były z tym kłopoty. Gdyby pan oddał ludzkości tę przysługę, miałby pan zapewnione miejsce w historii powszechnej - powściągliwie uśmiechnął się Holm.

   - Czy nie miał pan nigdy do czynienia z różnymi upartymi komisjami? Czy nie miał pan trudności z uzyskiwaniem funduszów na pańskie badania?

   - Owszem, miałem. Ale badania te, jak się pan zapewne domyśla, miały na celu niesienie pomocy ludziom. A pan chce je zastosować w zupełnie przeciwnym celu.

   - Jak to? - oburzył się Ugo. - Przecież to będzie najwspanialsze z pańskich dzieł: model mądrego człowieka! Gdyby jakikolwiek, najmądrzejszy nawet człowiek chciał w tej chwili naprawić świat, ci wszyscy przemądrzali panowie, od których wszystko zależy, zniszczą go natychmiast! Trzeba działać, radykalnie!

   - Ten "mądry człowiek" to niby... pan? Holm wyglądał na ubawionego. - Wydaje mi się, że chce pan po prostu wyrównać swoje osobiste rachunki, młody człowieku.

   - Nie pański interes! - warknął Ugo wściekły. - Albo pan przystępuje do współpracy, albo...

   - A jeśli nie przystąpię?

   - Nie radzę. Lekarz stwierdzi udar serca. - Niech się pan zastanowi - powiedział Holm spokojnie. - Załóżmy, że się zgodzę, a gdy pan wyjdzie ode mnie, natychmiast zawiadomię odpowiednie władze o pańskiej wizycie. Cóż wtedy?

   - Widzę, że pan nie wierzy w siłę mojej broni. Przed wyjściem uśpię pana na kilka godzin. Wystarczy?

   - Rzeczywiście. Widzę, że nie mam wyboru. W takiej sytuacji zmuszony jestem przyjąć p r o p o z y c j ę. Dokumentacja techniczna moich protez leży tu, przede mną. Może pan sobie przejrzeć. W zamian za to mam nadzieję usłyszeć kilka informacji na temat pańskiej wspaniałej broni!

   - To pewna substancja chemiczna. Wstrzykuje się ją na odległość, pod ciśnieniem. Chemicznie nie do wykrycia w organizmie. Na skórze pozostawia mikroskopijny ślad. Więcej pan nie musi wiedzieć.

   - Chce pan wyposażyć w tę broń zdalnie kierowanego manekina?

   - Tak. Będzie on mógł, coraz to inaczej ucharakteryzowany, niepostrzeżony przebywać między ludźmi.

   - A jeśli go zdemaskują? Przecież wtedy pańska broń przestanie być tajemnicą! - zauważył Holm.

   - Ale a m u n i c j ę do tej broni mam tylko ja. A pan wykona mi zapasowego sztucznego człowieka.

   - Widzę, że obmyślił pan wszystko szczegółowo. Nasze plany mają duże szanse powodzenia.

   - Jestem tego pewien. Pan nie wyobraża sobie nawet skuteczności mantezyny...

   - Czego?

   - To nazwa tej substancji. - Aha!

   Holm zamyślił się patrząc tępo przed siebie. Twarz jego przez cały czas trwania rozmowy nie zmieniła prawie wyrazu. Nieznaczne tylko grymasy symbolizowały uśmiech, ironię czy oburzenie. Głęboko osadzone oczy połyskiwały szklistym, nienaturalnym blaskiem.

   - To chyba wszystko - powiedział Ugo wstając.

   - Chwileczkę - Holm wstrzymał go ruchem ręki. - Zastanawiam się jeszcze...

   - Nad czym? Przecież doszliśmy już do porozumienia!

   - Zastanawiam się, czy mam oddać cię w ręce policji, czy tylko kopniakiem zrzucić ze schodów, głupi szczeniaku.

   - Coo? Jak śmiesz, ty... Ja cię tu zaraz... Twarz Ugo oblała fala gorąca. - Czy wiesz, kogo obrażasz, stary durniu?!

   Dokumentacja leży na stole - przebiegło przez myśl Ugo. - Obejdę się bez niego.

   - Jesteś już trupem - powiedział głośno. Dam sobie radę bez takich... Są na szczęście ludzie, którzy potrafią skorzystać z szansy, jaką im daję.

   - Strzelaj! - Twarz profesora przebiegł dziwny uśmieszek. Wstał z krzesła i obchodząc stół zbliżał się do Ugo. - Na co czekasz? Odwagi pętakowi zabrakło?

   Ugo wymierzył wylot rurki w brzuch Holma. - Jeszcze krok i zginiesz!

   Profesor powoli, wbijając oczy w twarz Ugo, postąpił krok naprzód. Ugo nacisnął spust. Holm zrobił następny krok. "Ma pancerną koszulkę!" - pomyślał Ugo. Z odległości dwóch metrów wycelował w twarz. Nacisnął spust trzykrotnie, raz po raz. Poczuł silne uderzenie w żołądek, twarda dłoń chwyciła przegub ręki, która, wykręcona, puściła broń. Upadł na podłogę. Holm przygniótł go kolanem i wydobył z kieszeni Ugo resztę urządzenia do wstrzykiwania mantezyny.

   Drzwi sąsiedniego pokoju otworzyły się. Stanął w nich człowiek w dużym, kulistym kasku. Ugo spojrzał w jego stronę, potem na twarz tego, który kolanem przygwoździł go do podłogi, i dopiero teraz zrozumiał wszystko.

   W drzwiach stał uśmiechnięty ironicznie drugi profesor Holm!

   - Moje uszanowanie! - powiedział. - Pan wybaczy, ale zachował się pan zbyt agresywnie. Poza tym... te pańskie plany... Nie, proszę pana, nie nadaje się pan do roli "czynnika interwencyjnego" naszej cywilizacji. Spryt nie wystarczy. Trzeba również trochę zdolności, trochę wyobraźni. A pan był tak pewien siebie, że nawet nie przyszło panu do głowy sprawdzić, co dzieje się w sąsiednim pokoju.

   Podszedł do leżącego Ugo i zatrzasnął kajdanki na jego przegubach. Jego "sobowtór", który dotąd trzymał schwytanego, zwolnił chwyt i odszedł na bok.

   - Jeśli już ktokolwiek miałby poprawiać bieg historii ludzkości - kpił Holm - to ja znacznie lepiej nadaję się do tego niż pan.

   Ugo leżał na dywanie. Zamknął oczy. Wściekłość rozsadzała go. Znowu nie byłem pierwszy Ten Holm, przede mną wpadł na pomysł sztucznego sobowtóra.

   - Ja, co prawda, zrobiłem swego sobowtóra z zupełnie innym przeznaczeniem - gawędził Holm sadowiąc się w fotelu. - Początkowo skonstruowałem go z myślą o... konferencjach. Tak, tak! Nie ma pan pojęcia, ile czasu zabierają człowiekowi różne zebrania, narady, uczestniczenie W komisjach, itepe. Chcąc spokojnie popracować, wysyłałem mojego "sobowtóra" na takie zebranie. Siadał sobie na krześle i uczestniczył nie mniej aktywnie niż większość zebranych, to znaczy "spał", jeśli tak można się wyrazić o mechanizmie, który został wyłączony. Z czasem udoskonaliłem go nieco - tak że potrafił samodzielnie, nie kierowany przeze mnie, podać sąsiadowi, który o to prosił, pióro albo zapalniczkę. Gdy trzeba było zabrać głos, włączałem się ja, ma się rozumieć zdalnie, siedząc sobie spokojnie w domu.

   Holm przerwał na chwilę, potem zdjął z głowy swój ogromny kask; w tej samej chwili sobowtór jego oklapł, jakby pozbawiono go szkieletu, i osiadł miękko w kącie na podłodze.

   - Właściwie nie wiem, po co się męczyłem do tej pory w tym hełmie. Kwestia przyzwyczajenia! Ostatnio bardzo często posługuję się moją imitacją... Nie dlatego aby szczególną przyjemność sprawiało mi wprowadzenie ludzi w błąd. Oni sami mnie do tego zmuszają. Tacy jak pan na przykład...

   Ugo słuchał leżąc bez ruchu. Przez półprzymknięte powieki rozglądał się ostrożnie po pokoju. Jego "cudowna broń" leżała jednak zbyt daleko, by mógł jednym skokiem dopaść jej i skutymi dłońmi zaatakować mantezyną Holma.

   - Pan się zapewne dziwi - ciągnął Holm przesadnie uprzejmym tonem - dlaczego panu to wszystko opowiadam? To zupełnie proste: muszę bawić gościa rozmową, dopóki nie zjawi się komisarz policji, którego wezwałem telefonicznie, zanim miałem przyjemność przyjść tu, do pana, z tamtego pokoju. O czym to ja mówiłem? Aha, otóż różni ludzie o przedziwnych zainteresowaniach zaczęli odwiedzać mnie od czasu opublikowania notatki o moich pracach w dziedzinie protetyki. Oprócz pana - na pomysł zbudowania sterowanej kukły wpadło kilku innych. Rozumowali, zresztą zupełnie słusznie, że taki sztuczny osobnik może się w wielu sytuacjach przydać, a zbudować go znacznie łatwiej niż samodzielnego, "myślącego" robota. Z takim robotem to nigdy nic nie wiadomo, a ponadto... do tej pory go nie skonstruowano. Co innego model sterowany bioprądami: na takim polegać można jak na sobie samym, o czym miał pan okazję przekonać się osobiście.

   Po pierwszej wizycie pewnego pana (z zawodu, zdaje się, był włamywaczem), który podobnie jak pan straszył mnie bronią, tylko że bardziej, powiedziałbym; "konwencjonalną", bo nożem kuchennym, postanowiłem przyjmować gości za pośrednictwem mojej imitacji. Muszę się tu pochwalić. Nikt dotąd nie wpadł na to, że ma przed sobą manekin. Byli tu u mnie różni ciekawi ludzie. Pewien emerytowany wojskowy roztaczał przede mną perspektywy stworzenia zdalnie kierowanej armii... Oho, zdaje się, że pan komisarz już przyszedł! Pan wybaczy?... Holm z komiczną miną skłonił się nad leżącym, po czym podnosząc z podłogi "cudowną broń", wyszedł do przedpokoju.

   - Który to już z kolei, panie profesorze? dobiegło zza uchylonych drzwi.

   - Jeśli mnie pamięć nie myli, to już jedenasty amator sztucznego sobowtóra! - odpowiedział głos Holma.

   Ugo zaklął z bezsilną rozpaczą i pomyślał, że widać nie sądzone mu było być pierwszym w jakiejkolwiek dziedzinie.







    Ugo patrzył w osłupieniu na kopertę, którą strażnik więzienny podał mu przez okienko w drzwiach celi. Rozerwał ją nerwowo. Dłonie mu drżały, plecy oblewał zimny pot. - To niemożliwe - powtarzał bezwiednie zduszonym szeptem.

   Pierwsza Stacja Badawcza, dnia...

   Ugo! Gdybyś, czytając, miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, spieszę je rozproszyć: ja naprawdę żyję. Dowiedziałem się właśnie o tym, co cię spotkało. Mam pewne skrupuły. Pomyślałem, że i ja w pewnym stopniu ponoszę winę w tej sprawie. Nie powinienem był powierzać ci tak kuszącej tajemnicy. Zawiniła tu zapewne moja próżność, z której zdałem sobie sprawę dopiero teraz: kierując cię z moimi notatkami do Melmina, miałem cichą nadzieję, że po mojej śmierci ,zapewnię sobie chociaż mała wzmiankę w kosmologii...

   Jak się chyba zorientowałeś, podczas ataku aubercji pogrążyłem się w bagnie wraz z aparatem tlenowym. Gdy atak ninął i odzyskałem przytomność, poczułem, gdzie się znajduję, i pomyślałem, że sznur nie wytrzymał. Oblepiony błotem; na oślep macając wokół siebie, natrafiłem na przegniły pień, leżący ukosem w bagnie. Czepiając się go, podciągnąłem się o metr wyżej. Pod stopami miałem względnie twardy, nie zapadający się grunt. To było blisko końca bagniska, pamiętasz? Nie było tam już tak głębokie, jak w miejscu, gdzie zatonął Thun. Gałęzie i zatopione pnie dopomogły mi wygrzebać się na tyle, że głowa moja wystawała nad powierzchnię. Przetarłem szybkę maski i spostrzegłem wysepkę, oddalono nie więcej niż o dwa metry. Ciebie już na niej nie było. Moja walka z bagnem trwała bardzo długo - nie potrafiłem nawet określić, ile czasu... W chwili gdy próbowałem, czepiając się sterczących z bagna pni i wodorostów, wydostać się na kępę, dopadł mnie trzeci atak. Gdy minął, znalazłem się jeszcze dalej od wyspy niż za pierwszym razem. Pomyślałem wtedy, że nie warto już próbować. Jeśli nawet uda się wydostać z bagna, to i tak wkrótce zabraknie mi tlenu... Mimo to ponowiłem usiłowania wydostania się na wyspę... Udało mi się tym razem, zanim nastąpił czwarty atak. Czym prędzej oddaliłem się w głąb wysepki w nadziei, że przynajmniej tym razem nie wpakuję się znowu w bagno... Liczyłem, że zatrzyma mnie gąszcz, i usłowałem związać sobie nogi łodygami pnączy. Wtedy zaświtała mi zbawcza myśl: mantezja! W ostatniej niemal chwili odnalazłem fioletowy kwiat. Pozwoliłem mantezji zaatakować się i straciłem przytomność.

   Obudzilem się nocą. Więc jednak... czas ataku minął! "Zastrzyk" mantezyny powstrzymał atak choroby! Jeśli jednak moje omdlenie trwało krócej niż cykl ataków, to następny mógł się zacząć lada chwila! Pobiegłem na poszukiwanie mantezji. Nowy "zastrzyk" uśpił mnie na następne kilkanaście godzin. Nie wiem już, ile razy powtarzałem ten obłędny wyścig z chorobą... Następnej nocy, gdy obudziłem się skrajnie wyczerpany głodem, po kolejnym omdleniu, nad bagnami szalała burza. Z trudem przedzierając się przez zarośla, wydostałem się na brzeg wyspy. W świetle błyskawic ujrzałem ludzką sylwetkę i zarys błotołazu u brzegu. Gdy się zbliżyłem, człowiek uciekł do pojazdu i odbił od wyspy. Jak urzeczony wszedłem po pas w bagno, jakbym chciał powstrzymać ulatującą zjawę. Pomyślałem potem, że to ma znaczenie, i zdecydowałem się czekać na następny atak, który mógłby mnie wyzwolić z tego zaklętego kręgu... W świetle błyskawicy spostrzegłem jednak pozostawioną nad brzegiem torbę. To był niewątpliwy znak, że rzeczywiście był tu ktoś... Dopiero teraz zdałem sobie sprawę ze swego wyglądu: oblepiony błotem, musiałem wyglądać jak duch bagien... W torbie była rakietnica. Początkowo chciałem wystrzelić rakietę, lecz wobec ciągłych błyskawic nie miałoby to sensu... Zrobiłem to dopiero wieczorem następnego dnia. Przez cały dzień ratowałem się oczywiście przy pomocy mantezyny... Po wystrzeleniu wszystkich rakiet znów dałem się uśpić. Potem jeszcze raz... Odnaleziono mnie rano, dzień po twoim odlocie. Byłem nieprzytomny. Przez następne dwa tygodnie leżałem w Stacji, sztucznie odżywiany, w stanie prawie letargicznym. To jest prawdopodobnie końcowe stadium aubercji... Mantezyna nie leczy jej co prawda, ale pozwala przetrwać cykl ataków. Potem następuje śpiączka.

   Przytomność odzyskałem wczoraj, czuję się nieźle. Opowiedziano mi wszystko. Nikt oczywiście nie wiedział, jaka była twoja rola w te j sprawie. Ale ja domyśliłem się tego jeszcze tam; na wyspie. Znalazłem kawałki sznura, którym mnie skrępowałeś. Ten sznur był przecięty... Tak, Ugo! On był przecięty nożem.

   Dowiedziałem się również, że tylko ty wyruszałeś tamtego dnia błotołazem na moczary. Wierzę jednak, że wtedy naprawdę przestraszyłeś się na mój widok. Obliczyłeś na pewno, iż miałem zapas tlenu tak niewielki, że już wtedy powinienem był nie żyć... Wierzę, że gdybyś choć przez chwilę mógł przypuszczać, że masz przed sobą nie widmo, lecz żywego człowieka, nie pozostawiłbyś mnie bez pomocy...

   Dziwisz się na pewno, skąd w takim razie wziąłem tlen. Twoje obliczenia były słuszne, lecz nie wziąłeś pod uwagę jednego czynnika, a mianowicie faktu, iż podczas zwykłego s n u człowiek zużywa kilkakrotnie m n i e j tlenu niż normalnie... Podczas głębokiego omdlenia, spowodowanego wstrzyknięciem mantezyny, zużycie tlenu jest jeszcze mniejsze.

   Wiesz, dopiero tam, na bagnach, odkryłem, że można się cieszyć życiem dla niego samego... Przedłużając je o kilka godzin, byłem przez chwilę naprawdę szczęśliwy. A to, że żyję, zawdzięczam tylko mantezji: uratowała mnie podwójnie, przed chorobą i przed uduszeniem. Zawsze twierdziłem, że to bardzo sympatyczne zwierzątko... A ty chciałeś wykorzystać je w tak niegodnych celach...

   Przykro mi bardzo, że nie dotrzymałeś danego słowa, Ugo! Współczuję ci w tej sytuacji. Wiem, że grozi ci wiele lat więzienia. Nie będę dokładał do tego jeszcze oskarżenia o usiłowanie zlikwidowania mojej osoby. Zapomnijmy o tym. Jesteś młody, może przemyślisz to wszystko i inaczej spojrzysz na świat... Wiem, że pokusa była silniejsza od ciebie. Panowanie nad światem czy choćby nad jakaś jego cząstką to rzecz wielce ponętna. Ale również kłopotliwa...

   Morałów prawić ci nie będę. Nie jesteś dzieckiem. Napisałem ci o tym wszystkim, abyś znał obie strony medalu. Nie tylko ty istniejesz na świecie. Pamiętaj o tym.

   Leper


   Ugo stał długą chwilę nieporuszony, z listem w ręku. Twarz jego wyrażała niezmierne zdziwienie. Potem, mnąc bezwiednie papier w zaciśniętej dłoni, wyszeptał:

   - Nic, nic nigdy mi się nie udało. Nie potrafię nawet wzbudzić nienawiści. Zabijałem go dwa razy. A on...

   List wypadł mu z ręki na podłogę. Ugo rzucił się na pryczę twarzą w dół, wpijając palce w twardy, więzienny materac.

    powrót