Janusz A. Zajdel        Raport z piwnicy

    Wydaje mi się, że mam dość dużo czasu, który muszę czymkol­ wiek wypełnić. Teraz, kiedy przemyślałem wszystko dokładnie po­ zostaje tylko czekać. Może wreszcie uda mi się zmylić ich czuj­ ność i wymknąć się stąd, może znajdę jakiś sposób...

    Pomyślałem, że dobrze byłoby zanotować wszystko po kolei. Nie dlatego, abym sądził, że nie zdołam już nikomu tego opowiedzieć. Po prostu, może w ten sposób sam lepiej sobie przy­ pomnę różne szczegóły. Notes mam, długopis także, światło trochę za słabe, ale jakoś sobie poradzę.

    Aby wszystko stało się jasne i zrozumiałe, muszę chyba rozpocząć od tego momentu, gdy mój niespodziewany gość - ubrany w mój szlafrok, ogolony i umyty - zasiadł do herbaty i kanapek, które dla niego przygotowałem, gdy on buszował w mojej łazience.

   Wyglądał teraz o wiele lepiej niż tam, wtedy, na ulicy, kiedy podszedł do mnie dość niespodziewanie i zagadnął. Przyznam, że przeżyłem chwilę strachu. Ulica była pusta, źle oświetlona - a on wyglądał na rzezimieszka lub co najmniej na włóczęgę, z tą nie goloną od, paru dni gębą. Sprawiał wrażenie wyciągniętego ze śmietnika i tylko z lekka otrzepanego. Gdyby nie jego nienaganny i kulturalny sposób wyrażania się, pewnie oddaliłbym się co prędzej, pozostawiając go na skraju chodnika - z rozbieganymi oczami, błądzącymi gdzieś po rynsztoku i okienkach piwnic.

    Mówił szybko, urywanymi zdaniami, a oczy jego ani na chwilę nie przestawały szukać czegoś tuż przy ziemi.

    Nawet teraz, siedząc w wygodnym fotelu i pijąc herbatę, co pewien czas rzucał niespokojne spojrzenia poza krąg stojącej lampy. Jadł z apetytem, łapczywie nawet, lecz najwyraźniej starał się opanować swój głód. "Jestem panu gorąco wdzięczny, serdecznie za wszystko dziękuję i zapewniam, że nie zamierzałem sprawiać panu aż tyle kłopotu" - powiedział kończąc jedzenie. "Jak pan za­ pewne zdołał zauważyć, w roli ulicznego obdartusa wystąpiłem przypadkowo... Całe szczęście, że w kieszeni tego starego palta znalazłem starą legitymację. Bez niej na pewno nie miałbym szans znaleźć się tutaj, w pana mieszkaniu. Pan mi zaufał, dopomógł... Sądzę, że powinienem panu wyjaśnić parę spraw, wytłumaczyć się jakoś..."

    Skinąłem głową zachęcająco i poczęstowałem go papierosem, lecz podziękował i nalał sobie do szklanki trochę wody sodowej. Wypił mały łyk, odstawił szklankę i rozpoczął: "Mieszkanie opuściłem w pośpiechu i nie z własnej woli. Stąd ta stara kapota, którą zdołałem chwycić z wieszaka w przedpokoju. Od czterech dni koczuję po mieście, sypiam w windach, albo w ogóle nie sypiam... Nie mam ani grosza, nie znam tu nikogo, a władz porządkowych nie chciałbym w to wszystko wtajemniczać... Nie, nie... Tu nie chodzi o jakieś nieporozumienie rodzinne lub sąsiedzkie. Mieszkam sam, mam nawet ładny, spory domek w południowej dzielnicy, kupiłem go niedawno... Kosztował mnie cały majątek, ale musiałem... Od roku mieszkam w tym mieście, przeniosłem się tutaj, aby zakończyć pewną... pracę... Tak, pracuję nadal mimo emerytury. Przecież nikt za mnie tego nie dokończy. Myślę, że zdążę jeszcze, mimo swoich siedemdziesięciu pięciu lat... Nie wyglądam na tyle, praw­ da? Cóż, eliksiru młodości nie wynalazłem, ale jestem bio­ chemikiem i pomagam sobie trochę różnymi preparatami, które mi czasem przesyłają dawni znajomi z instytutu. Mam kilku przy­ jaciół, ale wszyscy są dość daleko stąd i w takiej chwili trudno liczyć na ich pomoc...

    Tak sobie myślę, że - na szczęście - musiało się zachować w mojej twarzy jeszcze trochę podobieństwa do tej starej fotografii w legitymacji, nieważnej już od kilkunastu lat... Mniejsza o to, pan mi uwierzył, choć i nazwisko Borel też pewnie nic panu nie mówi - chyba; że interesował się pan kiedykolwiek pewnymi spec­ jalistycznymi zagadnieniami biochemii i fizjologii...

    Więc, jak powiedziałem, moja banicja nie wynika z napiętych stosunków sąsiedzkich. Nie jestem także poszukiwany przez władze śledcze, może to pan sprawdzić telefonicznie...

    Chociaż, w pewnym sensie, przyczyną mojej tu obecności są jednak "uciążliwi współlokatorzy"... ale, aby wszystko stało się jasne i zrozumiałe dla pana, muszę chyba zacząć od tego momentu, kiedy zainteresowaniem się doświadczeniami moich kolegów, którzy zresztą powtarzali eksperyment - nie pamiętam już, czyj - opisany w "Biochemistry Journal" i dotyczący możliwości biochemicznego przejęcia informacji...

    Ale może powiem, na czym polegał eksperyment. Otóż posłużono się w nim egzemplarzami gatunku wypławek biały, należącymi do ty­ pu płazińców. Robaki te posiadają bardzo prosty "układ nerwowy", interesujący jednakże o tyle, że daje się w nim zauważyć pewien splot stanowiący zaczątek centralizacji. Moi koledzy poddali kil­ ka wypławków elementarnej "tresurze", polegającej na wyrobieniu kilku odruchów warunkowych na bodźce fizyczne. Resztę robaków pływających sobie w akwarium pozostawiono w stanie "nieoświeconym". Następnie "uczone" robaki posiekano i nakarmiono nimi pozostałe. Po pewnym czasie można było stwierdzić, że spora część wypławków przejawia prawidłowe reakcje na bodźce, którymi "tresowano" ich zjedzonych towarzyszy. Wobec tak dobrych efektów, koledzy spróbowali eksperyment ulepszyć: ze względu na ograniczo- ne możliwości konsumpcyjne pojedynczego wypławka, w następnym e- tapie próbowano karmić je tylko wypreparowanymi "móżdżkami". Żar- towałem wówczas z tych doświadczeń. Powiedziałem kiedyś na semi- narium, że oto otwiera się nowy etap w życiu sfer naukowych: do- tychczas mieliśmy do czynienia jedynie z "podgryzaniem" wyżej stojących w instytuowanej hierarchii przez młodszych kolegów. Teraz zaś - będzie się ich pożerał, z podwójną korzyścią dla własnej kariery naukowej.

    Po zmianie metodyki eksperymentu - wyniki pogorszyły się jednak, a moi koledzy zniechęcili się i zabrali się do innych tematów badań. Ja natomiast rozpocząłem to, czego w tej chwili nie mogę doprowadzić do końca przez tę głupią historię sprzed czterech dni...

    Pomyślałem sobie wtedy, po doświadczeniach, z wypławkami, że popularne powiedzonka: "tyle wie, co zje" albo "zjadł wszystkie rozumy", stracą wkrótce, być może swój sens przenośny...

    Możliwość przejęcia "wiedzy" przez spożycie tkanki mózgowej oznacza wszak, że owa "wiedza" jest czymś materialnym, być może po prostu zawarta jest w cząsteczkach specyficznych związków, występujących w mózgu...

    Moje wnioski potwierdziły się wkrótce. Znalazłem publikację jakichś naukowców - rumuńskich czy jugosłowiańskich, nie pamiętam - którzy wykazali, że uczenie się, zapamiętywanie informacji jest równoczesne z syntezą pewnych struktur białkowych w centralnym układzie nerwowym...

   Od tego czasu zająłem się poważnie - choć nieoficjalnie - próbami wyodrębnienia tych cząsteczek z mózgów różnych organizmów zwierzęcych...

    ...Niech pan pomyśli, jakie oszałamiające perspektywy otwierają się przed nauką w chwili, gdy można w ten sposób przekazywać ludzką wiedzę!

    Pojęcie genialności i tępoty, zdolności i ich braku, sprowadza się do czysto biochemicznych i fizjologicznych predys­ pozycji danego osobnika! Człowiek, któremu trudność sprawia nauczenie się, przyswojenie pewnych wiadomości, po ich bezpośred­ nim "wszczepieniu" w mózg mógłby, być może, korzystać z nich bez przeszkód. Upośledzenie syntezy informin w organiźmie, tych in­ formacjonośnych struktur białkowych, zwanych dotąd "brakiem zdol­ ności", może być wyrównane przez podanie gotowych preparatów, sporządzonych z materiału pobranego od osobników "zdolnych"! Można sobie wyobrazić np. "honorowych informinodawców" - specja­ listów z różnych dziedzin wiedzy, którzy wciąż na nowo wchłania- jąc pewne informacje, przekształcaliby je na informiny dla in- nych, nie mogących syntetyzować ich we własnych organizmach!

    Upośledzenie syntezy insuliny przez trzustkę, powodujące cukrzycę, wyrównać można przez podanie insuliny w zastrzykach; niewydolność układu krwiotwórczego można niwelować przez trans­ fuzję krwi od osoby zdrowej; czy nie byłoby prawdziwym do­ brodziejstwem dla ludzkości podobne ratowanie zbyt mało "chłon­ nych" umysłów - szczególnie dziś, w dobie specjalizacji i przytłaczającego ogromu wiedzy, jaką musi wchłonąć pojedynczy człowiek?

    A poza tym - wszak to rewolucja w metodyce nauczania! Biody­ daktyka, wiedza w zastrzykach, w pigułkach nawet! Zamiast zamęczać dzieci ślęczeniem po kilka godzin dziennie w szkole i tyleż w domu, można by im po prostu dawać Cukierki nadziewane in­ forminami i zwrócić większą uwagę na rozwój fizyczny i zdrowie, tak ważne w czasach dewastacji naturalnego środowiska biologi­ cznego! Czy teraz rozumie pan, jak doniosłe znaczenie...

    ...Pomyślałem wtedy, że można to odnieść do różnych gatunków, nawet odległych ewolucyjnie...

    Jeśli bowiem na przykład królik nie osiąga nigdy zdolności przyswajania informacji takich, jak pies, to znaczy, że po prostu nie jest w stanie syntetyzować pewnych typów informin. Co jednak nie oznacza, że - gdyby mu podać je w formie gotowej, nie mógłby z nich korzystać. Zaręczam słowem honoru - mój królik szczekał na widok kota! To był dla mnie dowód. że...

    ... po tych osiągnięciach, problem "wiedzy w pigułkach" stał się moją obsesją. Niestety! Próby wprowadzenia informin przez przewód pokarmowy nie dawały pożądanych rezultatów - kończyły się zawsze rozkładem białek przez enzymy układu trawi­ ennego lub, w najlepszym razie, zmianami strukturalnymi, co oczy­ wiście przekreślało pożądany rezultat. Pomyślałem wtedy, że widocznie zbyt wielka różnica dzieli ssaki od płazińców... Lecz kiedy wróciłem myślą do tych ostatnich i przejrzałem raz jeszcze protokoły pierwszych eksperymentów, zrozumiałem nagle...

    ...pojmuje pan? Te inhibitory, katalizatory ujemne, stanowią osłonę dla informin, wprowadzonych do obcego immunologicznie or­ ganizmu! Dopóki wypławki pożerały swych towarzyszy w całości, eksperyment udawał się znakomicie, a w przypadku wypreparowywania samej tkanki nerwowej...

    ...Wówczas informiny rozkładają się bardzo szybko! Nawet kilkuminutowy okres między pobraniem ich z żywego organizmu daw­ cy, a wchłonięciem przez biorcę, w praktyce wyklucza pozytywny wynik. Jednym słowem, materiał musi być świeży, zupełnie świeży - a poza tym podany łącznie z inhibitorem. Moim obiektom doświad­ czalnym podawałem tkankę mózgową wraz z niektórymi innymi organa­ mi. Wyniki byty dobre, ostatnio nawet bardzo dobre! Rozumie pan, co to oznacza! Stąd już tylko krok...

    ...Znane są ze swej nieprawdopodobnej inteligencji i zmyślności. Eksperyment przeobrażał je w sposób zdumiewający! Pan sobie zdaje sprawę, że mózg człowieka jest wykorzystywany zaled­ wie w niewielkim stopniu. To samo dotyczy innych kręgowców.

    Używam, oczywiście, dzikich egzemplarzy, te są najlepsze. Co za sprytne bestie! Otrzaskane ze współczesną cywilizacją wielkomiejską, o wspaniale wyostrzonych zmysłach. Zgromadziłem ich - nie bez trudu - około trzystu. Znakomity, wdzięczny mate­ riał do doświadczeń.

    Lecz kiedy wszystko już było na najlepszej drodze odszedł mój laborant. Pracował u mnie od lat. Nie spodziewałem się tego po nim: po prostu zniknął pewnego dnia... Zalegałem z wypłatą jego pensji, to prawda... Ale przecież wiedział, jaka jest sytu­ acja. Mieszkał ze mną, znam wszystkie moje kłopoty... Od tej chwili musiałem wszystko robić sam, przez co tempo doświadczeń znacznie osłabło. Przez ostatni tydzień musiałem obsługiwać zwierzętarnię, sporządzać preparaty, robić codzienne obserwac­ je...

    ...i widocznie nie zamknąłem zbyt dokładnie, bo gdy następnego dnia rano zszedłem na dół, zostałem zaatakowany. Tak, ponad wszelką wątpliwość, to był atak. Stwierdziłem to, gdy po pierwszej ucieczce, ochłonąwszy nieco wróciłem i próbowałem wejść...

    ...ot, i wszystko".

    Borei milczał długo, zanim odezwał się znowu. "Nadużywam up­ rzejmości - powiedział pokornie. - Ale jeśliby mi pan nie odmówił, byłbym panu zobowiązany nade wszystko..."

    Dobierał słowa przez kilka minut, zanim poprosił mnie wresz­ cie, abym z nim pojechał. Zgodziłem się.

    "To tutaj, drzwi są zatrzaśnięte, ale klucz na szczęście miałem przy sobie, gdy wychodziłem" - powiedział, kiedy stanęliśmy pod niewielką willą przy bocznej, Prawie nie zbu­ dowanej uliczce przedmieścia. "Chodźmy na dół, powinny być tam..."

    Zeszliśmy po kilku schodkach. Borel ostrożnie uchylił jakieś drzwi, za którymi paliła się słaba żarówka. Zajrzał przez szparę. "Dziwne - powiedział. - Wygląda na to, że..." - zmieszał się wyraźnie. - "Czyżbym był aż tak przemęczony? Halucynacje?" Spoj­ rzałem przez jego ramię do wnętrza piwnicznego pomieszczenia. "Wszystko pozamykane"... - mamrotał w osłupieniu.

    "Widocznie to jednak... zmęczenie, profesorze" - powiedzia- łem łagodnie, prowadząc go na górę. Po chwili zasnął w fotelu, więc przeniosłem go na tapczan i zdjąłem mu buty.

    ...ten sen tak mnie wzburzył wewnętrznie, że zaraz, z samego rana zatelefonowałem pod numer, który podano mi w biurze informa­ cji. Telefon nie odpowiadał.

    Poczułem wyrzuty sumienia. Borel nie wyglądał wczoraj na chorego, ale... chyba nie należało zostawiać go samego...

    ...drzwi były otwarte. Wszedłem do sieni, potem po schodach na górę. Nie było go tam, więc zszedłem do piwnicy. Drzwi zwierzętarni były uchylone...

    ...niektóre były otwarte. Wzdłuż ich szeregu chodził jeden, dorodny egzemplarz i wprawnymi ruchami przednich kończyn domykał zasuwki drzwiczek. Gdy stanąłem w otworze drzwi - teraz wiem, że zrobiłem to niepotrzebnie, a w każdym razie za wcześnie - spoj­ rzał na nie, chwilę trwając w bezruchu, a potem wydał donośny pisk. Posypały się hurmem w moją stronę, część rzuciła się do zamkniętych klatek, by uwalniać towarzyszy. Odskakując do tyłu, dostrzegłem w kącie zwierzętarni stary but, jeden z tych które wczoraj tam, na górze, zdjąłem z nóg Borela...

    ...teraz wiem, że zrobiłem głupstwo, kryjąc się tutaj. Wprawdzie ściany i blaszane drzwi zapewniają mi bezpieczeństwo, lecz nie ma stąd wyjścia - przynajmniej na razie. Okna też nie ma. Pod nogami mam gołą ziemię, w rogu stoi kilka skrzynek - chy­ ba pustych. Z sufitu zwiesza się żarówka, brudna i opleciona pajęczyną. Gdy tu wszedłem, od razu zauważyłem ten kopczyk ziemi pod ścianą, przysypujący coś, co jednak sterczy tu i ówdzie; bielejąc w mroku. Po prostu nie mogę zmusić się, by podejść i sprawdzić, potwierdzić swój domysł...

    ... myślałem nad tym, aż wreszcie w jednej chwili zrozu­ miałem wszystko! One musiały już wiedzieć, na czym to polega. Mu­ siały zrozumieć istotę metody Borela... Ten laborant, który zniknął...

    ...lecz wciąż im tego za mało! Wiedzą, że oto otworzyły się przed ich gatunkiem wspaniałe perspektywy rozwoju! Będą zaz­ drośnie strzec tajemnicy, którą znam ja... no i ci, którzy być może odnajdą i przeczytają ten notatnik. Dlatego należy być przy­ gotowanym na wszystko. Byle stąd wyjść. Wydostać się, działać, ostrzec...

    ... znów ten szmer. Chyba jednak w tych rurach kanaliza­ cyjnych. Coraz głośniej, jakby skrobanie... Z czego są te rury, czy przypadkiem nie z tworzywa sztucznego, bo jeśli tak, to... Muszę to sprawdzić!






    Redakcja przeprasza Czytelników za liczne luki w powyższym tekście, spowodowane uszkodzeniem rękopisu - prawdopodobnie przez szczury.

    powrót